Gene­ral opinion’s star­ting to make out that we live in a world of hatred and gre­ed, but I don’t see that. It seems to me that love is eve­ry­whe­re. Often, it’s not par­ti­cu­lar­ly digni­fied or new­swor­thy, but it’s always the­re(…). When the pla­nes hit the Twin Towers, as far as I know, none of the pho­ne calls from the people on board were mes­sa­ges of hate or reven­ge — they were all mes­sa­ges of love. If you look for it, I’ve got a sne­aky feeling you’ll find that love actu­al­ly is all aro­und.

Czy koja­rzy­cie pierw­szą sce­nę z fil­mu Love Actu­al­ly (To wła­śnie miłość)? Tę, w któ­rej oglą­da­my ludzi wita­ją­cych się ze sobą w stre­fie przy­lo­tów na lot­ni­sku, a nar­ra­tor wypo­wia­da sło­wa, któ­re cytu­ję powy­żej? Jeśli nie – obej­rzyj­cie ją TU. Bo o niej będzie ten tekst. I podob­nie jak film, będzie miał kil­ka wąt­ków.

***

Pan M. jest samot­nym, star­szym czło­wie­kiem miesz­ka­ją­cym w innej czę­ści Pol­ski. Wraz z przy­ja­ciół­mi i współ­pra­cow­ni­ka­mi przy­go­to­wy­wa­łam dla nie­go świą­tecz­ną pacz­kę. Wśród naj­pil­niej­szych potrzeb Pan M. wymie­niał jedze­nie i che­mię. Wśród marzeń: buty i soko­wi­rów­kę. I maszyn­ki do gole­nia Gil­let­te z wymien­ny­mi ostrza­mi.

paczka

Tydzień upły­nął mi na zbie­ra­niu darów i pie­nię­dzy na zaku­py dla Pana M., a wyni­ki tej zbiór­ki prze­ro­sły naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. W moim nie­wiel­kim miesz­ka­niu nie było już miej­sca, były za to pre­zen­ty. W pią­tek do póź­ne­go wie­czo­ra pako­wa­łam 18 cięż­kich pudeł i, choć krę­go­słup dawał już się we zna­ki, to byłam nała­do­wa­na ener­gią. Czy­sta radość.

Ponad 40 osób zaan­ga­żo­wa­nych w robie­nie dobra. Tro­chę wysił­ku, tro­chę cza­su… nie­do­wie­rza­nie i łzy wzru­sze­nia Pana M. Tego dnia dużo nim myśla­łam. Choć go nie znam, chcia­łam, aby miał dobre świę­ta. I tro­chę powo­dów do uśmie­chu.

***

Spo­tka­ła mnie pew­na przy­krość. Spo­ra i nie­za­słu­żo­na. Od jakie­goś cza­su doświad­czam podob­nych sytu­acji nie­zwy­kle rzad­ko, stąd zasko­cze­nie i żal. Trwa­ło to dwa dni. Potem zaczę­ły dziać się cuda i skie­ro­wa­ły moje myśli w zupeł­nie inną stro­nę.

***

W ponie­dzia­łek w Kosza­li­nie odby­ła się kon­fe­ren­cja, pod­czas któ­rej opo­wia­da­łam o tym, w jaki spo­sób sport poma­ga zmie­niać — jak wydo­by­wa z nas cha­rak­ter i uczy woli wal­ki. Było to dla mnie trud­ne, bo od zawsze boję się publicz­nych wystą­pień. Zgo­dzi­łam się to zro­bić, żeby się prze­ła­mać. Pozna­łam świet­nych ludzi, któ­rzy wystę­po­wa­li razem ze mną, odpo­wie­dzia­łam na kil­ka pytań do kame­ry i znów prze­ko­na­łam się, że faj­nie jest być z ludź­mi, cze­go prze­cież też tak dłu­go się bałam.

konfa

Po pre­zen­ta­cji spo­tka­łam się z dwój­ką czy­tel­ni­ków moje­go blo­ga. Lubię moich czy­tel­ni­ków, tych aktyw­nych dobrze koja­rzę, więc i ich pozna­łam od razu. Cze­ka­jąc na pociąg w kosza­liń­skiej pocze­kal­ni PKP zaj­rza­łam na pro­fil Łuka­sza i zoba­czy­łam tam infor­ma­cję na temat samot­nej mat­ki kil­kor­ga małych dzie­ci, któ­ra potrze­bu­je pomo­cy. Apel o tę pomoc, tak dokład­niej. Udo­stęp­ni­łam go na swo­im pro­fi­lu, sądząc, że w tak krót­kim cza­sie (mie­li­śmy kil­ka dni) uda mi się naj­wy­żej zebrać tro­chę dzie­cię­cych ubrań od zna­jo­mych i umó­wić z przy­ja­ciół­ką na zaku­py żyw­no­ścio­we. Myli­łam się.

Kolej­nych 8 godzin spę­dzi­łam odpi­su­jąc na wia­do­mo­ści zna­jo­mych i nie­zna­jo­mych, a tele­fon dosłow­nie się zagrzał. Kie­dy dotar­łam do domu o 24, po pro­stu padłam na twarz.

***

Sie­dzia­łam w pra­cy, obło­żo­na kolej­ny­mi pudła­mi z dara­mi dla Pani E. To nor­ma, cią­gle trwa u mnie jakaś zbiór­ka. Na kon­to spły­wa­ły kolej­ne prze­le­wy, a po gło­wie cho­dzi­ła mi ta prze­klę­ta przy­krość. Z myśle­nia wyrwał mnie e-mail o tre­ści: „Thanks Anna, you’re a star!”, któ­ry był podzię­ko­wa­niem za drob­ną pomoc, któ­ra leża­ła zresz­tą w zakre­sie moich obo­wiąz­ków.

***

zakupyPrzez kolej­nych kil­ka dni obser­wo­wa­łam zbiór­kę rze­czy dla Pani E. Wśród moich zna­jo­mych i nie­zna­jo­mych (!) uda­ło się zebrać pie­nią­dze na zakup nowej kuchen­ki i lodów­ki oraz wie­lu arty­ku­łów spo­żyw­czych. Do tego 8 pudeł darów rze­czo­wych.

5-let­ni Szy­mon wyjął ze skar­bon­ki 50zł, aby podzie­lić się z inny­mi dzieć­mi. 4-let­ni Dima oddał nowe puz­zle. A 9-let­nia Basia posta­no­wi­ła poda­ro­wać im dwie lal­ki Bar­bie.

Onie­mia­łam.

***

Ile­kroć wra­ca­łam myśla­mi do tej nie­zbyt przy­jem­nej sytu­acji, dosta­wa­łam kolej­ną wia­do­mość.

Napraw­dę, jesz­cze mi się chy­ba nie zda­rzy­ło, żebym czy­ta­jąc czy­jeś posty, poczu­ła w duszy ucisk i ciek­ną­ce łzy… tak moc­no tra­fiasz gdzieś tak głę­bo­ko, w te bole­sne, wypar­te rze­czy. Tra­fiasz do tego cel­nie, w punkt. Ogrom­nie Ci dzię­ku­ję za tego blo­ga i poświę­ce­nie w two­rze­niu tych wpi­sów. Życzę zdro­wia i dużo wię­cej suk­ce­sów”

Resz­ty nie przy­to­czę, bo… mi głu­pio. Nie przy­wy­kłam do takiej ilo­ści dobro­ci skie­ro­wa­nej w moim kie­run­ku i nic poza skrom­nym „dzię­ku­ję” nie przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy.

***

W czwar­tek po pra­cy poje­cha­łam do 2-let­niej bra­ta­ni­cy. Kie­dy otwo­rzy­łam drzwi zoba­czy­łam Jagu­się sto­ją­cą przede mną z otwar­ty­mi ramio­na­mi, goto­wą do przy­tu­la­nia. Mia­łam wra­że­nie jak­by wie­dzia­ła, że tego potrze­bu­ję i tym razem to ona przy­tu­li­ła mnie. Sta­ły­śmy tak dobrą chwi­lę, a oczy już robi­ły mi się mokre.

Chwi­lę póź­niej bawi­ły­śmy się na kana­pie, śmie­chom nie było koń­ca i w pew­nym momen­cie zapy­ta­łam jej:

- Jagu­siu, a kochasz cio­cię?
— Kochaś – odpo­wie­dzia­ła moja dziew­czyn­ka.

jaga

***

paczka_ladowanieW pią­tek Łukasz zda­wał rela­cję z pako­wa­nia pre­zen­tów dla „naszej” rodzi­ny. Bus. Cały bus pełen pomo­cy. Dzie­siąt­ki zaan­ga­żo­wa­nych osób. W tych złych cza­sach, w któ­rych to – jak prze­czy­tam póź­niej na face­bo­oku – nikt nie widzi niko­go i nicze­go, nie chce widzieć, nie poma­ga.

Łzy Pani E. Radość dzie­ci.

***

Ktoś powie, że to pie­prze­nie, bo świat zły i co to wła­ści­wie da. No, cały świat nie stał się nagle lep­szy. Jestem świa­do­ma jego ułom­no­ści. A wła­ści­wie to naszej, ludz­kiej ułom­no­ści. Ale widzia­łam dużo dobra. Tyle, że momen­ta­mi krę­ci­ło się w gło­wie. Aro­gan­cją było­by uda­wać, ze to wszyst­ko się nie wyda­rzy­ło.

Pyta­nie, któ­re mi się nasu­wa, brzmi: cze­mu wła­ści­wie mamy ambi­cję, by zmie­niać cały świat, a tak mało robi­my, by zmie­nić ten kawa­łek świa­ta obok nas? Codzien­nie. Mały­mi rze­cza­mi, któ­re po zsu­mo­wa­niu mają moc pozwa­la­ją­cą prze­no­sić góry.

***

I, przy­się­gam, ta moc wra­ca.

Te dni były jak gra w ping pon­ga. Wszyst­ko, co z sie­bie dałam, wra­ca­ło.