Pod­czas mojej nie­daw­nej wizy­ty w stu­diu Dzień dobry TVN opo­wie­dzia­łam o tym, jak cza­sa­mi trud­ne jest dla czło­wie­ka o ponad­stan­dar­do­wych wymia­rach roz­po­czę­cie upra­wia­nia spor­tu. Ludzie wyty­ka­ją pal­ca­mi, kpią, obra­ża­ją. Kie­dy skoń­czy­łam mówić, sie­dzą­ca obok pani die­te­tyk oznaj­mi­ła, że to się wła­ści­wie nam wyda­je i nie ma się co przej­mo­wać. O ile zga­dzam się, że jedy­nym wyj­ściem jest nie przej­mo­wa­nie się, o tyle bul­wer­su­je mnie wma­wia­nie ludziom, że coś nie ma miej­sca, pod­czas kie­dy ma.

Fak­ty.

W pod­sta­wów­ce dzie­ci wrzesz­czą­ce „kro­wa”.

Po liceum na siłow­ni. Przy­cho­dzę pierw­szy raz, peł­na dobrych chę­ci pod­cho­dzę do tre­ne­ra i mówię, że jestem tu pierw­szy raz. Chcia­ła­bym zdą­żyć powie­dzieć coś wię­cej, popro­sić o poka­za­nie co i jak, ale nie zdą­żę, bo ów tre­ner spoj­rzy na mnie kpią­cym wzro­kiem i powie: pfff, współ­czu­ję, że tak póź­no.

Orto­pe­da, do któ­re­go udam się już po stu­diach z bolą­cym krę­go­słu­pem spoj­rzy z obrzy­dze­niem i powie: nie wiem cze­go pani chce, jak pani jest oty­ła, no to boli. Nic się nie da zro­bić. Póź­niej, u inne­go orto­pe­dy oka­że się, że się da — ale to inna histo­ria.

Już pra­cu­jąc poja­dę z przy­ja­ciół­ką nad morze. 2 lata temu. Pój­dzie­my na pla­żę, a że pogo­da nie do kąpie­li, a my nie­chęt­ne do roz­bie­ra­nia się, to poło­ży­my się tam w dre­sach, żeby po pro­stu zła­pać tro­chę słoń­ca i posłu­chać morza. Wte­dy poja­wi się kil­ku pija­nych i naćpa­nych dre­sia­rzy bre­dzą­cych coś w naszym kie­run­ku. Kie­dy zacznie­my się odda­lać, pró­bu­jąc uda­wać, że tego nie sły­szy­my, dotrze do nas: w tym sta­nie to powin­ny­ście się cie­szyć, że ktoś was zacze­pia.

Kil­ka dni temu. Na face­bo­oku poja­wia mi się post popu­lar­ne­go akto­ra, któ­re­go zresz­tą lubię i sza­nu­ję, w któ­rym rekla­mu­jąc książ­ki swo­jej dziew­czy­ny die­te­tycz­ki, chcąc prze­cież dobrze, pisze o dzie­ciach z nad­wa­gą „spa­słe kul­fo­ny”. Opa­dło mi wszyst­ko.

To tyl­ko kil­ka wybra­nych sytu­acji z róż­nych okre­sów moje­go życia. W cią­gu ostat­nich kil­ku­na­stu mie­się­cy było ich rów­nież wie­le, bo kie­dy jed­nak zde­cy­do­wa­łam się nie cho­wać pod kocem, tyl­ko zawal­czyć o sie­bie, musia­łam sta­wić czo­ła wie­lu zło­śli­wym i poni­ża­ją­cym uśmie­chom, komen­ta­rzom, czy spoj­rze­niom. Tym razem decy­zja była moc­na, a dla mnie nie liczy­ło się już nic poza celem, któ­ry sobie obra­łam.

Ale, choć to może tak wyglą­dać, ja napraw­dę nie jestem z żela­za. Czu­łam na sobie wzrok. Widzia­łam uśmie­chy. Było mi przy­kro. Smut­no. Byłam zła. Odwra­ca­łam gło­wę, bie­głam dalej. Już samo to, co robi­łam było dla mnie dużym wyzwa­niem, szko­da mi było ener­gii na przej­mo­wa­nie się. Poza tym – jaką mia­łam alter­na­ty­wę? Wró­cić do domu i pła­kać? Znów zre­zy­gno­wać? Scho­wać się przed nimi wszyst­ki­mi? To nie wcho­dzi­ło w grę.

Pod­czas mar­co­we­go pół­ma­ra­to­nu w tłu­mie gdzieś obok mnie był czło­wiek na wóz­ku. Więk­szość bie­ga­czy sza­nu­je takich ludzi i ich wspie­ra. W pew­nym momen­cie usły­sza­łam gdzieś za mną: Ty, Ty na wóz­ku, Cie­bie w ogó­le nie powin­no tu być!

To było strasz­ne. Ale on biegł dalej.

Nie mam złu­dzeń, że ludzie się zmie­nią i dla­te­go zmie­ni­łam się ja. Ale dla­te­go też uwa­żam, że trze­ba mówić o fak­tach, a nie powta­rzać ludziom cią­gle te same baj­ki. To nie­praw­da, że nikt na nas nie patrzy i nas nie oce­nia. Jeśli nam się wyda­je, że tak jest, to zazwy­czaj po pro­stu tak jest. W wie­lu dzie­dzi­nach życia.

Tak. Ludzie patrzą. Ludzie mówią.

Waż­niej­sze pyta­nie brzmi: I CO Z TEGO?

A naj­waż­niej­sze: I CO Z TYM ZROBISZ?