Cza­sem słu­cha­jąc i czy­ta­jąc ludzi się złosz­czę. Cza­sem mam ocho­tę ich przy­tu­lić i powie­dzieć: napraw­dę cały świat nie jest zor­ga­ni­zo­wa­ny po to, by robić Ci na zło­ść i Cię obra­zić. A cza­sem, po pro­stu, opa­da­ją mi ręce z bez­sil­no­ści i chcia­ła­bym tyl­ko zapy­tać: dla­cze­go nie może­my żyć i pozwo­lić żyć innym?

Świat podzie­lo­ny został na milio­ny spo­so­bów: mamy róż­ne pań­stwa, mówi­my w róż­ny­ch języ­ka­ch, róż­ni­my się poglą­da­mi, mamy róż­ne zawo­dy, lubi­my zupę pomi­do­ro­wą lub nie, prze­pa­da­my za zimą, bądź jej nie zno­si­my, no i jesz­cze coś – nasze cia­ła są róż­ne, na przy­kład chu­de lub gru­be. Mam wra­że­nie, że jeste­śmy cza­sem w sta­nie pokłó­cić się o słusz­no­ść w każ­dej z tych spraw, jed­nak ilo­ść emo­cji, któ­re wywo­łu­je kon­flikt szczu­pły-gru­by każe mi znów poświę­cić wła­śnie jemu chwi­lę uwa­gi.

To kon­flikt, któ­re­go nie rozu­miem. Ile­kroć tra­fiam na wymia­nę zdań, któ­rej przed­mio­tem jest spór w tej spra­wie, muszę prze­cie­rać oczy ze zdu­mie­nia. W gru­pie poświę­co­nej spor­to­wi i dba­niu o cia­ło widzę wrzu­co­ne zdję­cie ćwi­czą­cej, grub­szej dziew­czy­ny i czy­tam, że się spa­sła, jest nala­na jak świ­nia. Na pro­fi­lu pierw­sze­go pol­skie­go pro­gra­mu o model­ka­ch plus size widzę idio­tycz­ny wpis w sty­lu tych tek­stów o męż­czy­zna­ch, któ­rzy nie lecą na kości. No, woj­na. Ale PO CO?

***

Mówiąc szcze­rze nigdy za bar­dzo nie orien­to­wa­łam się w tema­cie plus size ani body posi­ti­vi­ty, pew­nie dla­te­go, że kie­dy ja waży­łam swo­ich 120kg, nikt jesz­cze za dużo o nich nie mówił. O ile ten pierw­szy ter­min w oczy­wi­sty spo­sób odno­si się do osób w roz­mia­ra­ch plus (choć i ten plus bywa dys­ku­syj­ny, ostat­nio prze­czy­ta­łam gdzieś, że ponoć roz­miar 38 to plus size, ale tego typu dys­ku­sje celo­wo pomi­jam), o tyle dru­gi, choć czę­sto koja­rzo­ny głów­nie z wal­ką osób oty­ły­ch o pra­wo do czu­cia się ze sobą dobrze, doty­czy – według mnie – nas wszyst­ki­ch. I wszy­scy mamy z nim pro­blem.

Ludzie nie­na­wi­dzą swo­ich ciał nie­za­leż­nie od roz­mia­ru, a ta nie­na­wi­ść obja­wia się na róż­ne spo­so­by. Choć zazwy­czaj mówi się o nie­chę­ci do wła­sne­go cia­ła u osób oty­ły­ch i w kon­tek­ście odchu­dza­nia, to zawę­ża­nie pro­ble­mu tyl­ko do tych ze zbyt wyso­kim BMI, to jaw­na igno­ran­cja. Prze­cież nie­na­wi­dzą się już nasto­lat­ki, w tym te bar­dzo szczu­płe, a przy­czyn mogą być set­ki. Ile razy zda­rzy­ło Wam się sły­szeć, jak ktoś, kto wydał Wam się pięk­ny, mówi, że wca­le taki nie jest, bo ma zbyt duży nos, za krót­kie nogi, czy roz­stę­py na brzu­chu? Jak bar­dzo potra­fią nie­na­wi­dzić się ano­rek­ty­cy, któ­rzy czę­sto są już na skra­ju fizycz­ne­go prze­trwa­nia?

Sto­su­nek do same­go sie­bie, do swo­je­go cia­ła jest wspól­nym polem do pra­cy dla dużej czę­ści z nas. Teo­re­tycz­nie, to powin­no łączyć, a jed­nak nie­ustan­nie dzie­li. I z tym pogo­dzić się nie umiem.

***

Tra­fi­łam wczo­raj na blo­ga nt. body posi­ti­vi­ty, na któ­rym prze­czy­ta­łam taki tek­st: „When we cele­bra­te weight loss, we rein­for­ce the myth that being at your best always means being at your smal­le­st”. Uwa­żam to za spły­ce­nie całej dro­gi do spraw­no­ści osób taki­ch jak ja, i tą reflek­sją podzie­li­łam się z inny­mi. To, na co pra­cu­ję i to, co cele­bru­ję to nie bycie jak naj­mniej­szą samo w sobie, ale wszyst­ko to, co wią­że się z niż­szą wagą. Przede wszyst­kim i bez­dy­sku­syj­nie spraw­no­ść i brak ogra­ni­czeń, któ­re mia­łam wcze­śniej, przede wszyst­kim znacz­nie lep­sze wyni­ki badań – to wszyst­ko spra­wia, że uwa­żam, że war­to i nie rezy­gnu­ję i to wszyst­ko spra­wia, że czu­ję się ze sobą dobrze, mimo że w kate­go­ria­ch wago­wy­ch nadal zali­czam się do plus.

W każ­dym razie — w odpo­wie­dzi ktoś napi­sał mi, że „piszę cał­kiem nie­źle jak na kogoś, kto ewi­dent­nie nie umie czy­tać”. I, przy­znam szcze­rze, że mnie zatka­ło. W komen­ta­rza­ch zna­la­złam kil­ka podob­ny­ch do moich – wszy­scy ich auto­rzy byli ata­ko­wa­ni, mimo że niko­go nie obra­zi­li. Samym wyra­że­niem swo­je­go zda­nia, powie­dze­niem, że myśli­my ina­czej spra­wi­li­śmy, że ludzie poczu­li się ata­ko­wa­ni.

W dys­ku­sji natych­mia­st poja­wi­ły się dra­stycz­ne die­ty i gło­dze­nie się, jak gdy­by to była jedy­na alter­na­ty­wa dla oty­ło­ści, co wyda­ło mi się tro­chę szo­ku­ją­ce. Ja od kil­ku lat szu­kam balan­su, szu­kam środ­ka. O nim sta­ram się Wam pisać. Tam odnio­słam wra­że­nie, że mię­dzy skraj­no­ścia­mi nie ma nic. Może­sz być albo nie­szczę­śli­wy i zagło­dzo­ny, albo oty­ły.

Oczy­wi­ście, wie­my prze­cież, że mówiąc o inny­ch, zazwy­czaj mówi­my o sobie. Jeśli ktoś pisze coś podob­ne­go, to nie­trud­no domy­ślić się, że wyni­ka to z jego doświad­czeń, to on nie zna­la­zł dotąd nic pomię­dzy tymi dwie­ma moż­li­wo­ścia­mi. Z jed­nej stro­ny, jako oso­ba świa­do­ma i dość empa­tycz­na, współ­czu­ję mu. Z dru­giej – chcia­ła­bym, żeby zdał sobie spra­wę z tego, że być może war­to wyko­nać pew­ną pra­cę nad sobą i ten śro­dek odszu­kać, zamia­st obra­żać inny­ch. Twier­dzi­sz, że jesteś szczę­śli­wy – chcia­ła­bym Ci wie­rzyć, ale rzad­ko widu­ję szczę­śli­wy­ch ludzi, któ­rzy plu­ją na inny­ch. I to doty­czy wszyst­ki­ch – zarów­no gru­by­ch, jak i szczu­pły­ch.

***

Wczo­raj pomy­śla­łam sobie, że nie nale­żę nigdzie i że to dobrze, że w życiu czę­sto bywa­łam taką out­si­der­ką, bo przy­naj­mniej nie czu­ję się odrzu­co­na. W gru­pie, gdzie pro­mu­je się sport, zosta­ła­bym wyśmia­na, bo nie pasu­ję. Nie mam sze­ścio­pa­ka, mam za to nadal ze 25kg nad­wa­gi, z któ­rą usi­łu­ję się upo­rać. Na pro­fi­lu, na któ­rym spo­ty­ka­ją się oso­by oty­łe, dys­ku­tu­ją­ce o tym, że powin­no się kochać swo­je cia­ło, odbie­ra mi się pra­wo do kocha­nia moje­go cia­ła w taki spo­sób, w jaki ja chcę i pra­cy nad nim, któ­ra spra­wia mi rado­ść, bo nie jest to zgod­ne z wizją osób, któ­re tam są.

Zasta­na­wiam się cza­sem, czy ludzie, któ­rzy nie sza­nu­ją inny­ch, myślą o tym bra­ku sza­cun­ku, kie­dy ktoś zacho­wa się nie­grzecz­nie wobec nich? Czy Pani, któ­ra zaata­ko­wa­ła mnie, bo nie zga­dzam się na uprasz­cza­nie i spro­wa­dze­nie mojej dro­gi do „bycia mniej­szą” przy­po­mni sobie jak się zacho­wa­ła, kie­dy ktoś nazwie ją gru­bą babą? Czy będzie w sta­nie posta­wić znak rów­no­ści pomię­dzy swo­im nie­grzecz­nym zacho­wa­niem i tym, że spra­wi­ła mi przy­kro­ść, a nie­grzecz­nym zacho­wa­niem inny­ch, na któ­re będzie się uskar­żać?

Czy pamię­ta­my, że sza­cu­nek nale­ży się nie tyl­ko nam, ale i innym?
Czy pamię­ta­my, że w tej idio­tycz­nej wal­ce nikt nie jest wygra­ny?

***

Bez skrę­po­wa­nia i chęt­nie wyra­ża­my dez­apro­ba­tę wobec cudze­go sty­lu życia, zawsze wie­my lepiej, co ktoś powi­nien. Szczu­pli ludzie to same kości i wie­sza­ki, a facet nie pies — na kości nie pole­ci, gru­bi są leni­wi, nigdy nic nie robią, no a spo­łe­czeń­stwu sen z powiek spę­dza stan zdro­wia prze­cięt­ne­go oty­łe­go. Prze­krzy­ku­je­my się bez ustan­ku. Może dla­te­go, że jeśli prze­sta­nie­my na chwi­lę krzy­czeć, zauwa­ży­my, że tak napraw­dę jeste­śmy tacy sami? Że podob­nie czu­je­my, choć ina­czej (nie)radzimy sobie z róż­ny­mi sytu­acja­mi?

Tę spi­ra­lę agre­sji naj­ła­twiej prze­rwać przy­glą­da­jąc się sobie. Zazwy­czaj znaj­dzie­my tam do wyko­na­nia tyle pra­cy, że nie będzie­my mie­li cza­su dora­dzać całe­mu świa­tu.

Nie­ste­ty, to wyma­ga znacz­nie wię­cej odwa­gi.