Ej ludzie! Już nie mogę czy­tać o posta­no­wie­niach, że bez sen­su, że eeee tam — lubię cza­sem zro­bić coś wywro­to­we­go i zro­bi­łam – ja swo­ich dotrzy­ma­łam! To prze­cież pla­ny, wystar­czy zro­bić je świa­do­mie, no kur­czę, chce się cze­goś, albo nie, 0–1, halo! – napi­sa­łam to do moich zna­jo­mych pod koniec 2013 roku, mając za sobą rok pra­cy nad porząd­ko­wa­niem rze­czy w gło­wie, nim mogłam w koń­cu fizycz­nie ruszyć przed sie­bie. To było dwa lata temu. Wte­dy, kie­dy zakra­pia­ny Syl­we­ster i kac. I 120kg. A potem 3-godzin­ny spa­cer.

Rok temu umie­ra­łam z ner­wów przed Bie­giem Nowo­rocz­nym [wię­cej TU], któ­rym chcia­łam uczcić pierw­szą rocz­ni­cę zmian. I ten rok był dokład­nie taki, jak ten bieg. Rów­nie cięż­ki, co satys­fak­cjo­nu­ją­cy. Osta­tecz­nie każ­da z rze­czy, któ­rych bałam się tak moc­no, jak tego bie­gu, oka­za­ła się wła­śnie tą, któ­rą zapa­mię­tam na zawsze.

To będą pierw­sze bie­gi po gór­kach, któ­re wyci­snę­ły ze mnie wszyst­ko. Takie, gdzie bie­ga­ją ludzie dużo szyb­si i dużo lep­si ode mnie. Gdzie po pro­stu wsty­dzi­łam się być i biec, ale po raz pierw­szy pomy­śla­łam: mam to w dupie, że będę ostat­nia i mam w dupie, że na zdję­ciach widać każ­de dodat­ko­we 0,5kg, a mam ich jesz­cze ileś tam. To jest wol­ność.

falenica3

To będzie ten blog, któ­ry wystar­to­wał dokład­nie w dniu moich 31 uro­dzin. Pla­no­wa­łam go kil­ka lat, ale cią­gle się bałam, że sko­ro nie piszę tak dobrze, żeby dostać Nobla, to może nie powin­nam. Bałam się tego, że będę tu w 100% szcze­ra, że tek­sty tra­fią m.in. do osób, z któ­ry­mi nie­ko­niecz­nie chcia­ła­bym się tym wszyst­kim dzie­lić. W koń­cu to ola­łam. Nie wystar­to­wał ide­al­ny, co dla mnie nie­ty­po­we – kie­dy nad czymś pra­cu­ję, chcę, aby było ide­al­ne. Wie­dzia­łam jed­nak, że albo zacznę i dopra­cu­ję go póź­niej, albo będę to odkła­da­ła na bli­żej nie­okre­ślo­ną przy­szłość. Zary­zy­ko­wa­łam nie licząc na nic. Odwie­dzi­li­ście mnie od mar­ca kil­ka­dzie­siąt tysię­cy razy.

To będzie mój pierw­szy pół­ma­ra­ton, przed któ­rym ze stra­chu bolał mnie brzuch, a któ­ry poka­zał mi, że pra­ca daje efek­ty. Że nie muszę się bać, jeśli jestem przy­go­to­wa­na i że to zale­ży ode mnie. Ten do któ­re­go tre­nu­jąc nauczy­łam się regu­lar­no­ści i wytrwa­ło­ści. I pod­czas któ­re­go 300m przed metą zoba­czy­łam łzy w oczach bra­ta i bra­to­wej, a z meda­lu cie­szy­łam się z moją kocha­ną bra­ta­ni­cą. [TU]

2

To będzie mój pierw­szy występ w tele­wi­zji na żywo. [TU] Chcia­łam uciec z taxów­ki ze stra­chu, napraw­dę. Nie wiem ile lat ukry­wa­łam się przed wszyst­ki­mi, a nagle mia­łam się ot tak wysta­wić na oce­nę iluś tysię­cy (milio­nów?) ludzi i cze­ka­łam tyl­ko na baty, na to, jak obcy zaczną pisać, że z czym do ludzi, że nadal jestem gru­ba, że bez­na­dzie­ja itd. Nie docze­ka­łam się.

tvn

To będzie moja pierw­sza publicz­na pre­zen­ta­cja na kon­fe­ren­cji w Kosza­li­nie. Zwy­kle przed pre­zen­ta­cja­mi oble­wa­ją mnie zim­ne poty, a już na sce­nie czu­ję jak­bym sta­ła obok sie­bie i sły­sza­ła sie­bie mówią­cą, co jest uczu­ciem rodem z hor­ro­ru i szcze­rze go nie­na­wi­dzę. A jed­nak zgo­dzi­łam się bez waha­nia, bo już nie chcia­ło mi się bać. Strach był, ale była też kolej­na prze­kro­czo­na gra­ni­ca. Znów byłam dalej, niż kie­dy­kol­wiek.

super

I to będzie sesja zdję­cio­wa dla „Super­li­nii”, przy któ­rej sku­mu­lo­wa­ły się wszyst­kie moje stra­chy zwią­za­ne z wyglą­dem. Czy nie wyj­dę gru­bo? Czy zmiesz­czę się w ciu­chy, któ­re dla mnie przy­go­tu­ją? A co, jeśli nic nie będzie na mnie dobre? Czy wszy­scy dooko­ła nie będą myśle­li, że taka gru­ba, a robią jej zdję­cia? I jak… być kobie­tą? Cią­gle pozu­ję na takie­go Super­ma­na, syn­drom sil­ne­go kapi­ta­na okrę­tu pod­czas sztor­mu, a tu trze­ba uśmie­chać się i być ład­ną i kobie­cą…

64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_01_ptm_20150927_092031_1

I to będzie mój lot w kosmos. Mój pierw­szy mara­ton. [wię­cej TU] Kie­dy rok wcze­śniej bie­głam 5km w bie­gu towa­rzy­szą­cym mara­to­no­wi nie prze­szło mi nawet przez myśl, że za rok to ja będę prze­kra­cza­ła metę na Sta­dio­nie Naro­do­wym. Któ­re­goś dnia mój kole­ga zapy­tał na co chcę cze­kać, zamiast speł­niać marze­nia? Upew­ni­łam się tyl­ko u tre­ne­ra, czy damy radę. Przy­się­gam Wam, że mimo tre­nin­gów byłam abso­lut­nie prze­ra­żo­na i spa­ni­ko­wa­na, a to były NAJPIĘKNIEJSZE 4h43minuty moje­go życia, w NAJLEPSZYM moż­li­wym towa­rzy­stwie i ryczę nawet w tej chwi­li pisząc o tym. Moment, kie­dy zbli­ża­my się do mety, kie­dy pod­ska­ku­ję widząc cho­rą­giew­kę z napi­sem 41km, kie­dy już wiem, że nic mi tego nie odbie­rze, kie­dy wbie­ga­my na Sta­dion Naro­do­wy trzy­ma­jąc się z chło­pa­ka­mi za ręce i kie­dy oszo­ło­mio­na prze­kra­czam linię mety, a po swo­jej pra­wej dostrze­gam twa­rze przy­ja­ciół, z któ­rych część jest zala­na łza­mi… to jest takie pier­dol­nię­cie, taka emo­cjo­nal­na petar­da, takie szczę­ście, któ­re­go w żaden spo­sób nie umiem opi­sać. Znów coś odcza­ro­wa­łam.

milosc

happy2

To są też te momen­ty w życiu, pierw­sze od lat, kie­dy pozwa­lam komuś być bli­sko sie­bie. I cho­ciaż cho­ler­nie się boję, to w koń­cu myślę, że już czas i że war­to. I te kie­dy mam odwa­gę się na coś nie zgo­dzić, nawet wie­le ryzy­ku­jąc. Kie­dy wsta­ję z kolan i w koń­cu mogę sobie spoj­rzeć w twarz w lustrze. Mogę też czuć złość i o niej mówić, nie bojąc się, że to nie­mi­łe. Bo nie muszę już być zawsze miła.

W koń­cu te, kie­dy potra­fię się przed kimś otwo­rzyć, nawet ryzy­ku­jąc zra­nie­nie. I nawet wie­dząc, że jedy­ne co mogę z rela­cji osta­tecz­nie mieć to świa­do­mość, że jestem krok dalej. I ból ser­ca, ale ból, któ­re­go się nie boję, bo wiem, że mam tyle siły, że nie muszę. Któ­ry jest tyl­ko dowo­dem na to, że znów umiem je przed kimś otwo­rzyć.

Ralph Wal­do Emer­son napi­sał kie­dyś, że to, cze­go boimy się naj­bar­dziej jest wła­śnie tym, co powin­ni­śmy zro­bić. W 2015 roku przy­po­mi­na­łam sobie to zda­nie tyle razy, ile razy znów czu­łam, że chcę się wyco­fać ze stra­chu. Im bar­dziej się bałam, tym pew­niej sta­wia­łam krok do przo­du, cza­sa­mi uda­jąc tę pew­ność sama przed sobą.

fear-is-a-liar-2

Osta­tecz­nie wszyst­ko, co zro­bi­łam, spra­wi­ło, że prze­sta­łam się bać. Cza­sem się śmie­ję, a cza­sem boli. Cza­sem wygry­wam, a cza­sem prze­gry­wam. Jak każ­dy. Jak w życiu. Ale jestem wol­na. Wiem, że są róż­ne dro­gi i każ­da jest dobra, o ile dzia­ła. Moja liczy­ła oko­ło 1650km, któ­re w tym roku prze­bie­głam. Każ­dy z tych kilo­me­trów przy­bli­żał mnie do tego, gdzie jestem dziś.

A jutro… jutro zacznę ukła­dać tę dro­gę dalej. Po swo­je­mu. Tak, jak chcę.