Byłam sza­le­nie pod­eks­cy­to­wa­na tym trek­kin­giem, jed­nak kie­dy nad­szedł moment zabra­nia ple­ca­ka i zamknię­cia hote­lo­wych drzwi, chcia­łam się wyco­fać. Czę­ścio­wo ze stra­chu, czę­ścio­wo demon­stru­jąc swój bunt prze­ciw­ko wszyst­kie­mu, a naj­bar­dziej moje­mu samo­po­czu­ciu zwią­za­ne­mu z roz­sta­niem z kimś, kogo kocha­łam. Chcia­łam, jak dziec­ko, stać i tupać nogą – tyle, że byłam sama, więc niko­go by to nie obcho­dzi­ło, a czas ucie­kał. W kie­run­ku wul­ka­nu jechał z moje­go mia­stecz­ka jeden auto­bus dzien­nie – gdy­bym się spóź­ni­ła, było­by po spra­wie. Nie­chęt­nie ruszy­łam więc przed sie­bie.

Kie­dy oka­za­ło się, że prze­je­cha­łam przy­sta­nek, na któ­rym mia­łam wysiąść i roz­po­cząć swo­je pode­ście do schro­ni­ska Alta­vi­sta, a następ­nie na wul­kan Teide, nawet się szcze­gól­nie nie zde­ner­wo­wa­łam. Doje­cha­łam do kolej­ne­go, przy kolej­ce Tele­fe­ri­ca, i mia­łam nadzie­ję, że bez pro­ble­mu uda mi się wró­cić. Szyb­ko zorien­to­wa­łam się, że się myli­łam. Nie było żad­ne­go auto­bu­su powrot­ne­go, a zacze­pio­ny prze­ze mnie tam­tej­szy prze­wod­nik roz­wiał nadzie­je na powrót, przy oka­zji doda­jąc, że nie powin­nam iść w tę tra­sę sama.

Jedy­ne, co przy­szło mi do gło­wy, to zna­le­zie­nie kogoś, kto rusza z par­kin­gu pod kolej­ką i mógł­by mnie pod­wieźć do miej­sca, gdzie star­tu­je tra­sa. Przez 40 minut cho­dzi­łam mię­dzy samo­cho­da­mi, zacze­pia­jąc ludzi, ale nie zna­la­złam niko­go. Albo mówi­li­śmy w róż­nych języ­kach i nie wie­dzie­li o co mi cho­dzi, albo roz­kła­da­li ręce infor­mu­jąc, że jadą w dru­gą stro­nę. W pew­nym momen­cie prze­szło mi nawet przez myśl, że może prze­wod­nik miał rację mówiąc, że widocz­nie tak mia­ło być i żebym wje­cha­ła na górę kolej­ką, ale nie taki był plan, chcia­łam spę­dzić tych kil­ka godzin w mar­szu, prze­ła­mać strach, wejść tam sama. Sta­nę­łam przy dro­dze i pomy­śla­łam – no trud­no, albo tak, albo w ogó­le.  Po chwi­li zatrzy­ma­ło się auto, a ja modli­łam się, aby była to jakaś miła, nie­groź­na rodzi­na. Tra­fi­łam na star­szą, fran­cu­ską parę, któ­ra zgo­dzi­ła się mnie pod­wieźć.

Wcho­dząc na szlak czu­łam się tro­chę nie­swo­jo. Wiem, że wie­le osób takie szla­ki zja­da na śnia­da­nie i zapo­mi­na, że w ogó­le mia­ły miej­sce, ale ja nigdy dotąd nie wcho­dzi­łam sama. Oba­wia­łam się wszyst­kie­go, od tego, że się zgu­bię, po pro­ble­my z wyso­ko­ścią i brak pomo­cy. Nie­po­trzeb­nie. Kie­dy ruszy­łam, uspo­ko­iły się wszyst­kie myśli. Księ­ży­co­wy kra­jo­braz, któ­ry przy­po­mi­nał mi tro­chę to, co widzia­łam w Hima­la­jach, dzia­łał na mnie wyci­sza­ją­co. Pięk­ne, błę­kit­ne nie­bo i dro­ga, dłu­ga dro­ga przede mną. Po pro­stu zaczę­łam iść.

Przez oko­ło 15 minut roz­glą­da­łam się jesz­cze dooko­ła, szu­ka­jąc kogoś, kto zmie­rzał­by w tym samym kie­run­ku, ale ota­cza­ła mnie wyłącz­nie cisza, z czym dość szyb­ko się pogo­dzi­łam. Pierw­sza część tra­sy była pro­sta, wpraw­dzie pod gór­kę, ale tro­chę jak zwy­kły spa­cer. Scho­dy zaczę­ły się przed czę­ścią dru­gą, znacz­nie bar­dziej stro­mą i kamie­ni­stą. Szłam bar­dzo powo­li, co chwi­lę robiąc prze­rwy i roz­my­śla­jąc, czy dam radę. Nie wiem dla­cze­go, ale sądzi­łam, że pew­nie nie. W pew­nym momen­cie zaczę­łam zasta­na­wiać się, czy nie powin­nam zacząć scho­dzić, aby zdą­żyć na jedy­ny auto­bus powrot­ny o 16:00.

Biłam się z myśla­mi. Wszy­scy twier­dzi­li, że będę szła jakieś 6 godzin, ja uzna­łam więc, że na pew­no z 7. Kie­dy spoj­rzaw­szy na zega­rek zorien­to­wa­łam się, że idę dopie­ro 3h, pomy­śla­łam, że nie dam rady iść jesz­cze 3, czy 4 godzi­ny non stop w mia­rę stro­mo i pod górę. Na szczę­ście nie prze­sta­wa­łam pod­cho­dzić. Wido­ki były obłęd­ne, coraz moc­niej wia­ło, więc mimo peł­nej eks­po­zy­cji na słoń­ce, upał nie był aż tak dokucz­li­wy. W pew­nym momen­cie moje oba­wy wzię­ły jed­nak górę. Wró­ci­ło wszyst­ko to, z czym wycho­dzi­łam z hote­lu. Smu­tek, strach, nie­chęć, tupa­nie noga­mi. Na chwi­lę uwie­rzy­łam, że jestem za sła­ba, żeby tam sama wejść.

Wte­dy poja­wił się scho­dzą­cy z góry czło­wiek, a ja wyko­rzy­sta­łam oka­zję, by zapy­tać go, jak dłu­ga dro­ga dzie­li mnie od schro­ni­ska. Wyglą­dał na roz­ba­wio­ne­go – z sze­ro­kim uśmie­chem powie­dział: jakieś…150m? Spójrz, tutaj, to co widzisz, to już dol­na część schro­ni­ska, zaraz tam będziesz. Nie mogłam w to uwie­rzyć – to by ozna­cza­ło, że tra­sę poko­na­łam w 4h, a liczy­łam się jesz­cze z kil­ko­ma… Zro­bi­łam jesz­cze kil­ka kro­ków, zoba­czy­łam budy­nek i wybu­chłam śmie­chem. Kolej­nych kil­ka godzin spę­dzi­łam cze­ka­jąc na otwar­cie schro­ni­ska i wpa­tru­jąc się w prze­strzeń przede mną. Bar­dzo tego potrze­bo­wa­łam.

W nocy nie zmru­ży­łam oczu nawet na minu­tę. W poko­ju spa­ło ponad 15 osób i było kosz­mar­nie dusz­no, a ja żyłam już tym, co mia­ło nastą­pić nad ranem. Wie­dzia­łam, że na wul­kan idzie się oko­ło dwóch godzin, ale nie mia­łam poję­cia ile cza­su ja będę potrze­bo­wa­ła, więc posta­no­wi­łam wyjść przed wszyst­ki­mi. O 4:45 zamknę­łam za sobą drzwi i ruszy­łam w górę.

Nie­bo było peł­ne gwiazd, mimo to było ciem­no. Cicho. Dziw­nie. Tego momen­tu oba­wia­łam się naj­bar­dziej. Co kil­ka kro­ków spo­glą­da­łam w dół, aby spraw­dzić, czy ktoś nie idzie za mną, ale było pusto. Ugię­ły się pode mną kola­na. Oba­wiam się gór, choć je kocham. Oba­wiam się samot­no­ści w górach. Samot­ność nocą w górach mnie prze­ra­ża­ła. Ale na to spo­tka­nie liczy­łam – ze sobą. Sta­nę­łam na chwi­lę, wzię­łam kil­ka odde­chów. Zaak­cep­to­wa­łam i swo­ją samot­ność i swój lęk,  bo choć to nie­pro­sze­ni goście, to jed­nak tam byli. Szli­śmy więc wspól­nie. Ja i oni. Oni i ja.

Nie minę­ło wie­le cza­su, a na dole ujrza­łam świa­teł­ko czy­jejś czo­łów­ki. Od razu domy­śli­łam się, kto kry­je się za świa­teł­kiem – poza mną w schro­ni­sku była tyl­ko jed­na oso­ba wcho­dzą­ca samot­nie. Po jakimś cza­sie dogo­nił mnie i rzu­cił: wchodź­my we dwo­je — tak będzie milej i łatwiej. Ści­snę­ło mnie w żołąd­ku na myśl, że to ktoś znacz­nie sil­niej­szy ode mnie i będę musia­ła gonić. Jakieś 18 razy powtó­rzy­łam, że jestem bar­dzo wol­na, więc jeśli chce iść szyb­ciej, to nie ma pro­ble­mu. Nie chciał. Szli­śmy razem. Zabaw­ne, poja­wił się dokład­nie w momen­cie, kie­dy pogo­dzi­łam się z tym, że idę sama i że się boję.

Nie roz­ma­wia­li­śmy za wie­le. W pew­nym momen­cie ciszę prze­ry­wa­ły tyl­ko przy­spie­szo­ne odde­chy – efekt nabie­ra­nej przez nas wyso­ko­ści. Mój towa­rzysz powta­rzał cały czas, że on praw­do­po­dob­nie nie da rady wejść na szczyt. Ja nie dopusz­cza­łam do sie­bie takiej myśli – nie teraz, kie­dy się prze­ła­ma­łam i kie­dy już tu jestem! Kie­dy pomy­li­li­śmy szlak i stra­ci­li­śmy jakieś 25 minut, zaczę­ła się woj­na z cza­sem. Musie­li­śmy nad­ro­bić kawa­łek tra­sy i pra­wie bie­gli­śmy. Mnie włą­czył się szó­sty bieg i momen­ta­mi zapo­mi­na­łam, że ktoś idzie za mną.

Zosta­ło nam 650m podej­ścia. Kil­ka­na­ście kro­ków, odpo­czy­nek, wariu­ją­ce odde­chy, za hory­zon­tem zaczę­ło wsta­wać słoń­ce – celem było wej­ście na szczyt i obej­rze­nie wscho­du z samej góry. Byłam zła, że pew­nie się nie uda, ale szli­śmy. Nikt niko­mu już się nie tłu­ma­czył, czy idzie wol­no, czy szyb­ciej, oddech, oddech, oddech. Wte­dy poczu­łam, że gdy­bym nie par­ła na ten szczyt jak sza­lo­na, on by nie wszedł, że ma dość. Ale czu­łam, że jest już bli­sko.

Weszli­śmy. Zoba­czy­łam naj­pięk­niej­szy wschód słoń­ca, jaki widzia­łam w życiu. Zoba­czy­łam słoń­ce i świat budzą­cy się do życia, zoba­czy­łam je sto­jąc ponad chmu­ra­mi, ponad wszyst­kim. To była moja nagro­da.

***

Kie­dy zeszli­śmy, mój towa­rzysz uśmiech­nął się do mnie ser­decz­nie i powie­dział: Dzię­ku­ję. Gdy­by nie Ty, nie wszedł­bym na ten szczyt. W oczach sta­nę­ły mi łzy. Ten obcy czło­wiek, z któ­rym zamie­ni­łam kil­ka zdań poja­wił się wte­dy, kie­dy już sta­nę­łam twa­rzą w twarz ze swo­im lękiem, by mi towa­rzy­szyć. Kil­ka godzin póź­niej podzię­ko­wał mi za coś, co przy­szło mi zupeł­nie natu­ral­nie, czy­li za to, że nie dałam mu odpu­ścić.

Nie musia­łam się sta­rać, ani robić nic spe­cjal­ne­go. W ciu­chach, któ­re mia­łam na sobie dru­gi dzień, sapiąc niczym loko­mo­ty­wa, z czer­wo­ną twa­rzą, byłam sobą, nie sta­wa­łam na rzę­sach.

GDYBY NIE TY.
Skąd wie­dział, że naj­moc­niej ze wszyst­kie­go na świe­cie, chcia­łam wte­dy być waż­na?