Zbie­ra­łam się aby to zro­bić od kil­ku tygo­dni. Cią­gle za mało cza­su, cią­gle coś sta­ło na prze­szko­dzie. Rano wiel­ka iry­ta­cja pomie­sza­na ze śmie­chem – kie­dy z sza­fy peł­nej ubrań wycią­ga­łam bluz­kę, któ­ra wyglą­da­ła na mnie jak sukien­ka.

Teo­re­tycz­nie, porząd­kom w sza­fie, spo­wo­do­wa­nym utra­tą kil­ku­dzie­się­ciu kilo­gra­mów, powin­na towa­rzy­szyć sama radość. W koń­cu na to cięż­ko pra­cu­ję od mie­się­cy, tego chcia­łam. Teo­re­tycz­nie wie­le rze­czy powin­no być, ale nie jest.

Zna­cie to uczu­cie, kie­dy porząd­ku­je­cie rze­czy po kimś, kogo już nie ma? Brzmi nie­do­rzecz­nie? Wca­le nie. Oczy­wi­ście, przez pierw­sze dwie godzi­ny czu­łam coś w rodza­ju eufo­rii. Tak dłu­go na to cze­ka­łam. Poukła­da­łam ubra­nia, podzie­li­łam na te „defi­ni­tyw­nie do odda­nia”, „do decy­zji” i te, któ­re zosta­ją (to te, któ­re od lat cze­ka­ły w sza­fie na mój powrót). Po chwi­li wszyst­kie „do decy­zji” tra­fi­ły do gru­py „do odda­nia”. Wte­dy pierw­szy raz poczu­łam ukłu­cie. Jakiś żal. Ale pra­co­wa­łam dalej.

Wyszu­ka­łam odpo­wied­nio duże tor­by i zabra­łam się za pako­wa­nie. Dopó­ki wszyst­kie uło­żo­ne rze­czy ład­nie się w niej mie­ści­ły, było dobrze. W pew­nym momen­cie część wysu­nę­ła mi się z rąk i upa­dła na pod­ło­gę, roz­ło­ży­ła. Wte­dy poczu­łam coś dziw­ne­go, smu­tek, ukłu­cie, a łzy napły­nę­ły mi do oczu. Zoba­czy­łam swo­ją do nie­daw­na ulu­bio­ną koszul­kę. Mia­łam wra­że­nie, że mnie wyszczu­pla. Że mi w niej ład­nie. I była na mnie dobra. A mało rze­czy było. I dru­gą, czer­wo­ną. Też jakoś ją lubi­łam.

Przez chwi­lę zasta­na­wia­łam się co zro­bić. Prze­szło mi przez myśl, żeby je zosta­wić, a może się jesz­cze przy­da­dzą? Te aku­rat nie są aż tak dużo za duże, wyglą­da­ją tyl­ko tro­chę głu­pio. Wte­dy, odczu­wa­jąc wszyst­kie te emo­cje, zaczę­łam uświa­da­miać sobie co wła­ści­wie się ze mną dzie­je. Czy napraw­dę pła­czę za koszul­ką? Co tak napraw­dę mnie smu­ci? Dla­cze­go zamiast rado­ści czu­ję dys­kom­fort?

Prze­cież wiem dla­cze­go. Nie żegna­łam się z ubra­nia­mi. Żegna­łam się z tą czę­ścią mnie, któ­ra się z nimi wią­że. Z poczu­ciem złud­ne­go szczę­ścia i stre­fy kom­for­tu ubra­nych w pie­rzy­nę z dodat­ko­wych kilo­gra­mów. Z lata­mi smut­ku, marzeń, któ­rych nie umia­łam speł­nić, tęsk­no­ty za inną mną, wsty­du. Za nie­praw­dzi­wym, ale jed­nak poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa.

Pomy­śla­łam o sobie z wte­dy. Taka ubra­na w pie­rzy­nę, cie­pło, bez­piecz­nie. I teraz. Sto­ją­ca przed tymi wszyst­ki­mi wyzwa­nia­mi, któ­re przed sobą posta­wi­łam. Oble­ciał mnie strach. Czy dam radę? Czy podo­łam? Czy mam wystar­cza­ją­co dużo siły?

Wiem, że tak. Ode­tchnę­łam z ulgą.

Odsta­wi­łam spa­ko­wa­ne już wor­ki na bok.

Papa, Aniu.

szafa