Czy jeste­ście goto­wi, aby poznać praw­dę? - zapy­ta­ła kobie­ta, któ­ra z ramie­nia innej fir­my mia­ła prze­pro­wa­dzić u nas bada­nie nazy­wa­ne „Oce­na 360 stop­ni”. To oce­na, w któ­rej bio­rą udział współ­pra­cow­ni­cy, pod­wład­ni, prze­ło­że­ni i któ­ra ma dać – jak naj­bar­dziej obiek­tyw­ny – obraz naszy­ch kom­pe­ten­cji w zesta­wie­niu z tym, jak sami sie­bie oce­nia­my. Brzmi faj­nie, pomy­śla­łam, dowiem się, jak widzą mnie inni, choć nazy­wa­nie tego „praw­dą” wyda­ło mi się lek­ką prze­sa­dą. Ale OK, żyje­my chy­ba w cza­sa­ch, w któ­ry­ch każ­dy ma nam do obwiesz­cze­nia jakąś praw­dę na nasz temat i – nie­ste­ty – musi, bo się udu­si.

***

Oty­ło­ść gene­ru­je dużo prawd — inter­net to praw­dzi­wa kopal­nia mądro­ści w tej spra­wie. Powo­li zaczy­nam mieć wra­że­nie, że nie­za­leż­nie od tego, jaki jest temat arty­ku­łu, to jeśli wystę­pu­je w nim oso­ba oty­ła, mamy 200% pew­no­ści, że dys­ku­sja będzie doty­czy­ła nie same­go tek­stu, któ­re­go więk­szo­ść nie prze­czy­ta, ale die­ty bohaterki/bohatera, nabi­ja­nia się z cho­rób i „gene­ty­ki” (nawet jeśli boha­ter­ka nigdy o niej nie wspo­mni), tro­ski o sta­wy (jeśli upra­wia sport), tro­ski o zdro­wie ogól­nie, bez­cen­ny­ch rad, skie­ro­wa­ny­ch głów­nie gdzieś w prze­strzeń i słu­żą­cy­ch raczej popra­wia samo­po­czu­cia piszą­ce­go.

Ta stud­nia drwin i mądro­ści nie ma dna.

Kil­ka dni temu jed­na z dziew­czyn wrzu­ci­ła do nas na gru­pę link do arty­ku­łu o oty­łej bie­gacz­ce ultra­ma­ra­to­nów. Prze­czy­ta­łam arty­kuł, odszu­ka­łam blo­ga boha­ter­ki, zapo­zna­łam się z tym, co o sobie pisze… Bez ogró­dek wspo­mi­na o swo­ich pro­ble­ma­ch z odży­wia­niem i o tym, że przez dłu­gi czas jadła za dużo, zero ściem­nia­nia i kolo­ro­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści. Z pew­no­ścią wie, że jest gru­ba i wie też dla­cze­go.

W komen­ta­rza­ch tym­cza­sem toczy­ły się dys­ku­sje o gene­ty­ce (hehe, wia­do­mo), o jej sta­wa­ch – ok, no rze­czy­wi­ście przy tak dłu­gi­ch bie­ga­ch na pew­no dosta­ją ostro popa­lić, ale wtem… boha­ter­ka na pew­no za dużo je! Wow, myślę sobie, co za odkry­cie, powin­ni za to chy­ba dawać Nobla. Szu­kam powią­za­nia z arty­ku­łem, no bo po co pisać o taki­ch rze­cza­ch, kie­dy nie jest to tema­tem arty­ku­łu? Nie widzę, więc pytam jaki jest zwią­zek. Otrzy­mu­ję odpo­wie­dź, że ano taki, że na pew­no dużo je i nie przy­ty­ła prze­cież w rok. Opa­dły mi ręce.

***

Ostat­nio napi­sał do mnie ktoś nie­zna­jo­my, kto w kon­tek­ście mojej zeszło­rocz­nej hima­laj­skiej wypra­wy szyb­ko oznaj­mił, że to kobie­ty przo­du­ją teraz w zaspo­ka­ja­niu „naj­dziw­niej­szy­ch nawet pra­gnień”. Poczu­łam się nie­co nie­zręcz­nie, no bo cóż, mia­łam marze­nie, wło­ży­łam w jego speł­nie­nie ser­ce, pra­cę, wszyst­ko, a ktoś wła­śnie okre­śla je „naj­dziw­niej­szym pra­gnie­niem”? Nie mówię nie, w zasa­dzie może­sz oce­niać to jak chce­sz, no ale wła­ści­wie po co w ogó­le to oce­niać? Chwi­lę póź­niej doda­je, że ludzie nie umie­ją być sami ze sobą i za wszel­ką cenę wypeł­nia­ją sobie czas, nie­któ­rzy cho­dząc na róż­ne zaję­cia spor­to­we po pra­cy. Cza­sa­mi nawet na kil­ka. Zabrzmia­ło jak zarzut. Zdzi­wi­ło mnie to.

No, bo nawet jeśli to praw­da, to co z tego? I czy nie lepiej zając się swo­imi marze­nia­mi? Albo otwo­rzyć się na czło­wie­ka, z któ­rym roz­ma­wia­sz, zapy­tać o jego moty­wa­cje, poznać? Ludzie mają róż­ne hob­by, któ­re mnie zupeł­nie nie inte­re­su­ją — od zbie­ra­nia znacz­ków, przez jaz­dę kon­ną, rekon­struk­cje histo­rycz­ne, po cho­dze­nie co pią­tek na impre­zy, ale nie czu­ję potrze­by od razu infor­mo­wać ich, że to co robią, jest dla mnie dziw­ne, czy nie­zro­zu­mia­łe.

Nie jest tajem­ni­cą, że wie­lu z nas nie umie być ze sobą, z wła­sny­mi emo­cja­mi i myśla­mi. Czy to źle? Czy to dobrze? Nie mnie to oce­niać. Za każ­dym takim stra­chem stoi jakaś histo­ria, każ­dy ma jakieś powo­dy. Nie każ­de­mu wystar­czy siły, odwa­gi, czy wytrwa­ło­ści, aby nad nimi pra­co­wać, a nie­któ­rzy zawsze będą zagłu­szać sie­bie.

***

Jakiś czas temu w inter­ne­ta­ch zahu­cza­ło. Oka­za­ło się bowiem, że dzie­ci jedzą nie­zdro­wo i tyją na potę­gę, o czym – mogło­by się wyda­wać – więk­szo­ść osób dowie­dzia­ła się wła­śnie w tam­tym cza­sie. W tek­ście na jed­nym z blo­gów roiło się od dzia­ła­ją­cy­ch na wyobraź­nię opi­sów tłu­sty­ch, dzie­cię­cy­ch brzu­chów, falu­ją­cy­ch pod obci­sły­mi bluz­ka­mi, a z komen­ta­rzy moż­na było się dowie­dzieć, że ktoś brzy­dzi się oty­ły­mi ludź­mi lub też, że w koń­cu ktoś powie­dział praw­dę na ten temat.

Fakt, że jako spo­łe­czeń­stwo tyje­my wyda­wał m się tak oczy­wi­sty i bez­dy­sku­syj­ny, że nie przy­szło mi do gło­wy, iż ktoś potrak­tu­je go jako odkry­cie, ale oka­za­ło się, że kocha­my tę praw­dę. Kocha­my, gdy ktoś rzu­ca nam ją w twa­rz, przy oka­zji okra­sza­jąc tłu­sty­mi, falu­ją­cy­mi brzu­cha­mi. A może raczej… nie nam, bo w koń­cu odbior­ca­mi zazwy­czaj są oso­by, któ­ry­ch to nie doty­czy, któ­re przy tej oka­zji mogą poczuć się ze sobą lepiej.

Naj­waż­niej­sze pyta­nie, czy­li CO DALEJ? – pozo­sta­ło otwar­te. Zosta­wi­ło mnie to ze smut­ną reflek­sją, że nie lubi­my zagłę­biać się w tema­ty, że prze­bie­ra­my tyl­ko noga­mi, żeby móc wypo­wie­dzieć swo­je zda­nie  – im moc­niej to brzmi, tym lepiej. Cza­sem prze­sta­je­my już odróż­niać dosad­no­ść od zwy­kłe­go cham­stwa i aro­gan­cji — nie tyl­ko w tym tema­cie, rze­cz jasna.

***

To samo dzie­je się bar­dzo czę­sto, kie­dy ktoś napi­sze o sobie – swo­ich odczu­cia­ch, zdro­wiu, decy­zja­ch, czym­kol­wiek. Natych­mia­st dowie się, co robi źle, co powi­nien, bo tak robią inni. Zasta­na­wia­łam się nawet nad tym, aby w miej­sca­ch, za któ­re ja odpo­wia­dam, w jakiś spe­cjal­ny spo­sób ozna­czać posty, w któ­ry­ch pyta­my o radę i pomoc, żeby unik­nąć nachal­ne­go narzu­ca­nia komuś swo­ich opi­nii i spo­so­bów na życie. Po chwi­li uświa­do­mi­łam sobie, że takie ozna­cze­nie ist­nie­je – nazy­wa się „znak zapy­ta­nia”.

***

War­to roz­ma­wiać, dys­ku­to­wać, szu­kać roz­wią­zań. War­to sta­wać twa­rzą w twa­rz z praw­dą, nawet jeśli jest nie­wy­god­na, bo tyl­ko wte­dy moż­na świa­do­mie podej­mo­wać kro­ki w kie­run­ku zmia­ny. Ale to co napraw­dę war­to, to sza­no­wać decy­zje i wybo­ry inny­ch, sza­no­wać ludzi, tak samo, jak chcie­li­by­śmy być sza­no­wa­ni. I wyra­żać ten sza­cu­nek tak­że w języ­ku, któ­re­go uży­wa­my w komu­ni­ka­cji z inny­mi.

Nasze decy­zje nie zawsze są podyk­to­wa­ne roz­sąd­kiem, to oczy­wi­ste i zawsze tak było, jest i będzie — czło­wiek to w koń­cu dość skom­pli­ko­wa­na kon­struk­cja. War­to – nie pod­wa­ża­jąc tego, co ktoś czu­je, myśli, mówi – mówić o swo­ich odczu­cia­ch, oba­wa­ch, czy wąt­pli­wo­ścia­ch. War­to budo­wać. Nie war­to obra­żać. Nie każ­da opi­nia war­ta jest wypo­wie­dze­nia. Napraw­dę nie każ­da praw­da musi ujrzeć świa­tło dzien­ne.

War­to cza­sem sko­rzy­stać rów­nież z danej nam szan­sy na to, aby mil­czeć, bo rzad­ko kie­dy rze­czy są tak pro­ste, jak nie­któ­rzy pró­bu­ją je przed­sta­wiać.