Przez ostat­nie mie­sią­ce rzad­ko świe­ci­ło dla mnie słoń­ce. Choć lato było upal­ne, a ja sta­ra­łam się jak mogłam uło­żyć plan B, jak radzi­ła pew­na czy­tel­nicz­ka, znie­sma­czo­na tym, że ośmie­lam się cier­pieć i nie być dziel­na, choć sta­ra­łam się pogo­dzić, zaak­cep­to­wać, żyć dalej, to pro­mie­nie świa­tła widy­wa­łam tyl­ko od cza­su do cza­su. Tak bywa, wiem.

O tym, że roz­po­zna­no u mnie przed­wcze­sne wyga­sa­nie czyn­no­ści jaj­ni­ków wie­dzia­łam od sierp­nia 2017, czy­li już chwi­lę. Było nie naj­le­piej, ale w cią­gu ostat­nich kil­ku mie­się­cy cały ten pro­ces ruszył znacz­nie szyb­ciej, wyni­ki badań poka­za­ły, że poziom jed­nych z naj­waż­niej­szych, z punk­tu widze­nia zdro­wia kobie­ty, hor­mo­nów, osią­gnę­ły war­to­ści pra­wie zero­we. Wynik jed­ne­go z badań był tak skraj­nie niski, że w labo­ra­to­rium wyko­na­no je dwa razy, dla pew­no­ści. Zoba­czyć to… to było trud­ne.

Mogła­bym nie zwra­cać uwa­gi na cyfer­ki, gdy­by moje samo­po­czu­cie nie wska­zy­wa­ło, że napraw­dę dzie­je się ze coś nowe­go i nie­do­bre­go. Mój nastrój zniż­ko­wał do war­to­ści rów­nie niskich, jak hor­mo­ny. Dno. Nie spa­łam, bo w nocy budzi­ły mnie cią­głe ude­rze­nia gorą­ca. Budzi­łam się prze­stra­szo­na, dopie­ro po chwi­li orien­to­wa­łam się co się dzie­je, otwie­ra­łam okno… potem znów usi­ło­wa­łam znów zasnąć. I tak w kół­ko. Ile moż­na nie spać i względ­nie dobrze funk­cjo­no­wać?

Lekarz zde­cy­do­wał, że to moment na włą­cze­nie tzw. hor­mo­nal­nej tera­pii zastęp­czej. To tera­pia, któ­rej celem jest uzu­peł­nie­nie hor­mo­nów, wspar­cie w lecze­niu takich dole­gli­wo­ści, o któ­rych napi­sa­łam wyżej i opóź­nie­nie tych cho­rób, któ­re po meno­pau­zie, z dużym praw­do­po­do­bień­stwem, mogą przy­da­rzyć mi się szyb­ciej – oste­opo­ro­za, Alzhe­imer, parę innych. Dosta­łam pierw­sze leki i już po kil­ku dniach poczu­łam się lepiej, prze­spa­łam spo­koj­nie noc. Mia­łam ser­ce peł­ne wdzięcz­no­ści.

Następ­ne­go dnia jed­nak zaczę­ła boleć mnie gło­wa, przy czym boleć to było dość mało powie­dzia­ne. Nie byłam w sta­nie wstać z łóż­ka, ciśnie­nie wysko­czy­ło mi w kosmos. Nigdy nie mia­łam takich pro­ble­mów, więc musia­łam natych­miast odsta­wić leki, dosta­łam kolej­ne. Po kil­ku dniach podob­nie, potem nie­co lepiej, na razie cze­ka­my.

Nie zobo­jęt­nia­łam. Choć wie­dzia­łam wcze­śniej, to przy każ­dej kolej­nej wizy­cie, każ­dym kolej­nym bada­niu, każ­dym kolej­nym „tak, to meno­pau­za”, uświa­do­mi­łam sobie, że to jed­nak się dzie­je i jest real­ne, że nie mam już mie­siącz­ki, że coś się skoń­czy­ło. Wcze­śniej cią­gle wyda­wa­ło mi się, że na pew­no kolej­ne bada­nia wyj­dą lepiej i w koń­cu będzie dobrze. Wiem, wypie­ra­łam. W koń­cu jed­nak przy­cho­dzi moment kon­fron­ta­cji. Nie da się tego prze­żyć na zapas.

Pew­nie są oso­by, któ­rym jest łatwiej, prze­cież róż­nie odbie­ra­my świat i sie­bie. Dla mnie każ­da wizy­ta u leka­rza to stres. Sie­dzę w pocze­kal­niach i wyobra­żam sobie, że jestem gdzie indziej, bo wokół mnie są głów­nie kobie­ty w cią­żach. Wycho­dzą, dzie­lą się z part­ne­ra­mi, czy męża­mi infor­ma­cja­mi, któ­ry tydzień, jakie bada­nia. I wte­dy czu­ję się jak naj­bar­dziej samot­na dziew­czy­na w kra­ju. Ja od leka­rzy sły­szę tyl­ko: „Pani Aniu, czy mam być szcze­ry?”, „Pani Aniu, no tak, to już”, „Pani Aniu, no tak w życiu bywa, nie mamy wpły­wu na wszyst­ko, co zro­bi nam nasz orga­nizm”, „Pani Aniu, na tych lekach będzie Pani tyła”. No, wiem. Ale prze­żyć i tak trze­ba. Teraz chcia­ła­bym już chy­ba tyl­ko, żeby uda­ło się dobrać odpo­wied­nie leki i żeby choć tro­chę mi ulży­ło. Poprzecz­ka niby nisko, ale – jak się oka­zu­je – nie do koń­ca.

To jest trud­ne na tak wie­lu pozio­mach. O kobie­co­ści napi­szę osob­ny tekst – o tym, jak się tra­ci momen­ta­mi poczu­cie, że jest się kobie­tą. Bo leki, bo boli to, bo boli tam­to. O wcho­dze­niu w nowe rela­cje, ludzie z regu­ły chcą budo­wać rodzi­ny. Kie­dy jest dobry moment, żeby powie­dzieć? Za wcze­śnie źle. Za póź­no – jesz­cze gorzej.

Nigdy nie marzy­łam o gro­mad­ce dzie­ci, ale chcia­łam być mamą. Roz­glą­dam się cza­sem w skle­pach za tymi mały­mi, uśmiech­nię­ty­mi czło­wie­ka­mi, uśmie­cham się do nich. I jest mi tak strasz­nie, strasz­nie smut­no. Tak napraw­dę dopie­ro teraz. Nie wte­dy, kie­dy dopie­ro się dowie­dzia­łam i prze­ży­wa­łam pierw­szy szok. Teraz, kie­dy to już sta­je się moją codzien­no­ścią i wiem, że tego w życiu nie prze­ży­ję. Przy­naj­mniej nie w ten spo­sób.

Tak wyglą­da­ły ostat­nie mie­sią­ce. Mało słoń­ca, dużo desz­czu. Róż­ne eta­py regu­lar­nej żało­by. Wypie­ra­nie, bunt, tar­go­wa­nie się. Wszyst­ko.

***

Wyszłam dziś pobie­gać. Cięż­ko było się zebrać, zało­żyć buty, dodat­ko­we kilo­gra­my nie uła­twia­ją zada­nia. Kie­dy już bie­głam, myśla­łam o tym, że tak nie­wie­le jest wspar­cia dla kobiet, któ­re czu­ją to, co ja. Że nie mówi się o tym, że ja wła­ści­wie sama nie mówię, nie piszę za wie­le, z oba­wy przed reak­cja­mi. Że może mogła­bym coś w tej spra­wie zro­bić? Poczu­łam coś, cze­go przez dłu­gi czas nie czu­łam w ogó­le i co może zda­rzyć się tyl­ko na ostat­nim eta­pie poże­gna­nia.

A jeśli to, mimo wszyst­ko, jest jakiś począ­tek?
Jeśli mogę COŚ z tym zro­bić? Obró­cić to, a jakiś spo­sób, w dobro?
Jesz­cze nie wiem jak. I oczy­wi­ście, że nadal czu­ję żal.

Wiem tyl­ko, że jeśli zaczy­nam widzieć ostat­nie doświad­cze­nia jako począ­tek cze­goś, to na tej dro­dze docie­ram wła­śnie do przy­stan­ku „akcep­ta­cja”. I choć nie raz spoj­rzę w tył, wzru­szę się jesz­cze patrząc na małe­go czło­wie­ka i poczu­ję ukłu­cie w ser­cu, to chy­ba powo­li, bar­dzo powo­li, ale mogę już iść dalej.