Cią­gle ktoś pyta mnie o to, czy żału­ję. Że nie zaczę­łam wcze­śniej, że zaczę­łam tak póź­no, że może stra­ci­łam ileś tam lat… Odpo­wiedź jest zawsze ta sama i brzmi: nie. I nie uwa­żam, abym cokol­wiek stra­ci­ła.

Ostat­nie lata to cią­głe moco­wa­nie się ze sobą i świa­tem. Wal­czy­łam o róż­ne rze­czy, a waga napraw­dę była tyl­ko jed­ną z nich. O zain­te­re­so­wa­nie, przy­jaźń, czy miłość, kie­dy ją tra­ci­łam. O róż­nych ludzi, o czy­jeś dobro, o to, żeby być doce­nia­ną. O wsta­nie z łóż­ka, bo w naj­gor­szym momen­cie nawet to było wyzwa­niem, o to, żeby roz­ma­wiać z ludź­mi, któ­rych się bałam i o prze­trwa­nie, bo bywa­ło, że nie bar­dzo mia­łam gdzie miesz­kać i za co żyć. Serio, był taki moment, że całe życie mia­łam w zasa­dzie spa­ko­wa­ne do ple­ca­ka i mogłam prze­nieść się w cią­gu godzi­ny, a moim naj­więk­szym marze­niem był mały kąt, w któ­rym mogła­bym czuć się u sie­bie i bez­piecz­nie. Potem o zdro­wie, bo byłam kil­ka lat temu w takiej sytu­acji, kie­dy bałam się co usły­szy moja bied­na, cze­ka­ją­ca pod salą ope­ra­cyj­ną mama. No, jest tego tro­chę.

Cięż­ko stre­ścić życie w jed­nym aka­pi­cie i nie w tym rzecz, aby napi­sać tu auto­bio­gra­fię. Rzecz w tym, że to nie jest tak, że przez te lata nie ist­nia­łam, że nic nie robi­łam, a dziś roz­ża­lo­na sia­dam i myślę: „Ach, cze­mu ja sie­dzia­łam na tej kana­pie, zamiast wsko­czyć w buty do bie­ga­nia i biec przed sie­bie z uśmie­chem, uwal­nia­jąc zastę­py endor­fin i zmie­nia­jąc swo­je życie na lep­sze?! Prze­cież była­bym już szczu­pła i nie mar­twi­ła­bym się o roz­stę­py! Głu­pia ja. Trze­ba było zacząć wcze­śniej”. Brzmi nie­do­rzecz­nie, praw­da?

Mówi­łam wie­le razy, że nie jestem dum­na z tego, do jakiej sytu­acji dopro­wa­dzi­łam (bo mimo wszyst­ko: tak, ja dopro­wa­dzi­łam, nie „się sta­ło”). Kie­dy patrzę na sta­re zdję­cia, czu­ję smu­tek. Nie dla­te­go, że widzę na nich gru­bą sie­bie, a dla­te­go, że dosko­na­le pamię­tam, jak się wte­dy czu­łam i jak bar­dzo zły to był czas w moim życiu. Jedze­nie, któ­re­go uży­wa­łam jako lekar­stwa mia­ło mi pomóc poczuć się lepiej i rze­czy­wi­ście na chwi­lę poma­ga­ło. Przez chwi­lę nie musia­łam radzić sobie z tym wszyst­kim, co wte­dy mnie prze­ra­sta­ło. I obra­sta­łam w tę pie­rzy­nę, pod któ­rą tak bar­dzo chcia­łam się ukryć przed ludź­mi i świa­tem w ogó­le. Choć jej nie lubi­łam, to w pewien spo­sób chro­ni­ła. Speł­ni­ła swo­ją funk­cję, kie­dy jej potrze­bo­wa­łam.

I choć nie jestem dum­na, to nie zadrę­czam się tym. Nie wsty­dzę się sie­bie z tego cza­su. Wiem, że robi­łam tyle, ile wte­dy mogłam. Wkła­da­łam całą swo­ją siłę w wal­kę o to, co wyda­wa­ło mi się w tam­tym momen­cie naj­waż­niej­sze. Nie podej­mu­ję się dziś oce­niać, czy to były dobre, czy złe wybo­ry i nie czu­ję takiej potrze­by. Każ­dy cza­sem gubi dro­gę, błą­dzi i szu­ka. Szcze­rze wie­rzę, że w życiu jest czas na wszyst­ko, a rze­czy dzie­ją się dokład­nie wte­dy, kie­dy powin­ny, nawet jeśli chwi­lo­wo jest nam to nie na rękę.

Dzię­ki temu, co się w moim życiu wyda­rzy­ło, jestem dziś tym, kim jestem i umiem być wdzięcz­na za to, co mam. Jak każ­dy, mam też wspo­mnie­nia, sta­re zdję­cia i cia­ło, któ­re przy­po­mi­na mi o tym, co było.

Ale nie, nie żału­ję. Życie zawsze toczy się TYLKO tu i teraz.