Nie wiem, czy wie­rzę w przy­pad­ki, nie­mniej nie mam wąt­pli­wo­ści, że cza­sem w odpo­wied­nim miej­scu, w odpo­wied­nim cza­sie poja­wia­ją się impul­sy. Punk­ty zwrot­ne, mniej­sze lub więk­sze. Wyda­rze­nia, sło­wa i emo­cje, któ­re spra­wia­ją, że coś prze­sta­wia się w gło­wie i jest ina­czej. Że zaczy­na­my coś zmie­niać.

***

Jakieś 9 lat temu sie­dzia­łam w tej samej tawer­nie na wyspie Thas­sos, był to jeden z kolej­ny­ch naj­gor­szy­ch dni moje­go życia. Wiem, to brzmi jak histo­ria pew­nej woka­list­ki, któ­ra cier­pia­ła na depre­sję na hama­ku w Tajlandii(chyba), ale, no cóż, to praw­da. Byłam mło­dą dziew­czy­ną, któ­rej runę­ło wszyst­ko i wyda­wa­ło jej się, że poza tym wszyst­kim nie ma już życia, no wie­cie, że się skoń­czy­ło. Pamię­tam tę bez­na­dzie­ję wyzie­wa­ją­cą z każ­dej stro­ny, mimo że świe­ci­ło pięk­ne, grec­kie słoń­ce. Nie sądzi­łam wte­dy, że ten moment wró­ci do mnie ileś lat póź­niej, jako impuls.

***

Sie­dzi­my w poko­ju, 8 kobiet, gru­pa tera­peu­tycz­na dla jedzą­cy­ch kom­pul­syw­nie. Zna­cie tę histo­rię. Jest tam Kasia, któ­rej cią­gle coś nie gra i cze­ka na cud. Kie­dy po trzech mie­sią­ca­ch tera­peu­ta pyta o nasze wra­że­nia, Kasia wybu­cha cią­giem pre­ten­sji, któ­re koń­czą się sło­wa­mi: cho­dzę tu od trzech mie­się­cy i nic się nie zmie­ni­ło! Krzysz­tof, z wła­ści­wym sobie spo­ko­jem, odpo­wia­da: chce­sz powie­dzieć, Kasiu, że Ty nic nie zmie­ni­łaś?, a w mojej gło­wie koń­czy się pew­na epo­ka.

Nie umiem racjo­nal­nie wyja­śnić, dla­cze­go to jed­no zda­nie poru­szy­ło mnie aż tak moc­no. Splot oko­licz­no­ści, sytu­acja, czas, jakiś guzik we mnie się prze­sta­wił i już wie­dzia­łam, że to nie magia, tyl­ko ja decy­du­ję o sobie, o tym jak wyglą­da każ­dy mój kolej­ny dzień i, że jeśli coś ma się w moim życiu zmie­nić, to muszę zro­bić to ja. Jeden z tych tru­izmów, któ­ry nie­je­den mądra­la wyśmie­je, nie umie­jąc jed­nak prak­tycz­nie nic z nim zro­bić. To zda­nie było jak ude­rze­nie obu­chem w gło­wę.

***

Jakoś pod koniec roku, oglą­dam wia­do­mo­ści. Nie­ba­wem pró­ba pierw­sze­go zimo­we­go wej­ścia na Bro­ad Peak, wśród wspi­na­czy Tomek Kowal­ski. Trud­no mi racjo­nal­nie wyja­śnić, dla­cze­go mnie to zain­te­re­so­wa­ło, bo do Hima­la­izmu było mi dale­ko jak stąd do Kara­ko­rum wła­śnie, ale wcho­dzę na jego blo­ga i zamie­ram. Chło­pak jest młod­szy ode mnie, a mam wra­że­nie, że był wszę­dzie i robił wszyst­ko, o czym nie śmia­łam nawet marzyć.

Ostat­ni wpis Tomek zakoń­czył sło­wa­mi: Czu­ję się tak, jak­bym był jakimś mło­dym gita­rzy­stą z począt­ku­ją­ce­go zespo­łu i zagrał razem z Mic­kiem Jag­ge­rem i Rol­ling Sto­ne­sa­mi na peł­nym sta­dio­nie Wembley i to zda­nie prze­wró­ci­ło do góry noga­mi mniej wię­cej pół moje­go świa­ta. Total­ne wyzwa­nie, total­ne emo­cje, total­ne speł­nie­nie– zaczę­łam prze­stę­po­wać z nogi na nogę, nadal jesz­cze sie­dząc na swo­jej bez­piecz­nej kana­pie.

Oczy­wi­ście, wszy­scy wie­my, że histo­ria Tom­ka nie ma szczę­śli­we­go zakoń­cze­nia, ale nie będę tu toczyć dys­ku­sji o tym, czy war­to chcieć cze­goś aż tak. Tomek chciał zapi­sać się w histo­rii hima­la­izmu, a siła jego pasji była tak ogrom­na, że w tam­tym momen­cie udzie­li­ła się tak­że i mi, słu­żąc za jeden z naj­waż­niej­szy­ch impul­sów na począt­ko­wym eta­pie zmia­ny. To czę­ścio­wo dzię­ki nie­mu uwie­rzy­łam, że mogę zro­bić rze­czy nie­moż­li­we – choć oczy­wi­ście moje i jego nie­moż­li­we znaj­do­wa­ły się na zupeł­nie inny­ch pozio­ma­ch.

***

Nie jestem czło­wie­kiem z żela­za i milion razy mia­łam ocho­tę rzu­cić bie­ga­nie — cią­gle coś mi dole­ga, cią­gle wol­no, cią­gle od nowa… Na począt­ku zda­rza­ło się, że bie­ga­łam cią­gnąc za sobą jed­ną nogę. Było to mało kom­for­to­we, ale się zapar­łam i uzna­łam, że w koń­cu odpu­ści, bo jak się coś kocha, to osta­tecz­nie ta pasja zwy­cię­ży. Tak sobie wbi­łam do gło­wy.

Po któ­rymś z tre­nin­gów tra­fi­łam w inter­ne­cie na zbiór­kę fun­du­szy na wyjazd nie­peł­no­spraw­ne­go bie­ga­cza, Dar­ka Stry­chal­skie­go, na ultra­ma­ra­ton Badwa­ter. Obej­rza­łam film z jego pierw­szej pró­by prze­bie­gnię­cia Badwa­ter i wpra­wił mnie on w auten­tycz­ne osłu­pie­nie. Niby wie­sz, że ludzie robią jakieś nie­sa­mo­wi­te rze­czy, ale na co dzień aż tyle o tym nie myśli­sz. Tym razem znów poczu­łam zna­jo­me już tąp­nię­cie. Impuls. Kame­ra robi zbli­że­nie, kie­dy umę­czo­ne­go uda­rem Dar­ka ścią­ga z tra­sy dyrek­tor bie­gu i zdej­mu­je przed nim z sza­cun­kiem czap­kę, a ja nie mogę wydu­sić z sie­bie sło­wa. Wiem, że on tam wró­ci i skoń­czy to, co zaczął.

Już wiem, że ja też.

***

9 lat póź­niej, wra­cam na Thas­sos. Prze­cho­dzę obok jed­nej z wie­lu tawern i mam deja vu. Wie­cie jak to jest, kie­dy obra­zy, emo­cje, wspo­mnie­nia, wra­ca­ją z taką siłą, że z wra­że­nia nie moż­na się ruszyć? Przez chwi­lę tak mia­łam. Sta­nę­łam jak wry­ta, patrząc na miej­sce, gdzie wte­dy topi­łam w winie teraź­niej­szo­ść. Patrzę na te typo­we, grec­kie sto­li­ki i krze­seł­ka i zasta­na­wiam się, czy usią­ść tam znów. Ludzie smęt­nie snu­ją się w oko­li­cy muzeum, nie chce im się wcho­dzić wyżej, w sumie to rozu­miem.

Przez gło­wę prze­la­tu­ją mi wspo­mnie­nia. Robię szyb­kie porów­na­nie.
Widzę wyraź­nie, ile uda­ło mi się w tym cza­sie zro­bić.

Jest gorą­co, mam na noga­ch san­da­ły. W dro­dze pod górę prze­dzie­ram się przez krza­ki i paję­czy­ny. Nie jest wyso­ko, ale bie­gnę. Jakieś 20 minut sam na sam ze sobą, swo­im odde­chem, tym co było i tym co jest. Niby jestem w tym samym miej­scu, w któ­rym byłam 9 lat temu, niby widzia­łam tę samą tawer­nę i ten sam port. Ale jestem zupeł­nie gdzie indziej.

***

Nie, nie mówię, że w każ­dym rogu cza­ją się sym­bo­le.
Mówię tyl­ko, że war­to być uważ­nym.
Mieć gło­wę, ser­ce i uszy otwar­te.

***

Patrzę z góry na mia­stecz­ko i morze. Ten widok daje impuls, któ­re­go mi ostat­nio bra­ko­wa­ło.
Dobra robo­ta, Anno.
Poty­ka­sz się, ale bie­gnij dalej.