W 2012 roku spo­tka­łam na lot­ni­sku w Medio­la­nie mój uko­cha­ny zespół The Cure. Kie­dy już prze­tar­łam oczy jakieś 10 razy i uwie­rzy­łam, że to napraw­dę oni, zaczę­łam się zasta­na­wiać, co zro­bić z fak­tem, że oto sto­ją obok mnie ludzie, któ­ry­ch uwiel­biam, a któ­ry­ch dotąd widzia­łam tyl­ko na kon­cer­ta­ch, w inter­ne­cie itd. Zro­bi­łam sobie zdję­cie z Rober­tem Smi­them i mimo że lecie­li­śmy tym samym samo­lo­tem, nie narzu­ca­łam mu się wię­cej uzna­jąc, że też ma pra­wo do pry­wat­no­ści – choć, z emo­cji, odde­chu nie mogłam zła­pać jesz­cze dłu­go.

No wła­śnie. Zna­cie to uczu­cie, kie­dy wyobra­ża­cie sobie coś bar­dzo odle­głe­go, cza­sem prak­tycz­nie nie­moż­li­we­go z takim wes­tchnie­niem: och, ale by było! I kie­dy nagle to się dzie­je, oka­zu­je się, że wyobra­ża­nie sobie milion razy nic nie poma­ga, bo… zupeł­nie nie wie­cie, co robić?

***

Darek zadzwo­nił jakieś 3–4 tygo­dnie temu i, jak­by nigdy nic, zapy­tał:
— Aniu, nie poje­cha­ła­byś ze mną na La Ultra?

A mnie zatka­ło.

***

Darek. Darek jest nie­peł­no­spraw­nym bie­ga­czem, któ­re­go pozna­łam w 2014 roku, kie­dy wspar­łam jego wyjazd na ultram­ra­ton Badwa­ter w Doli­nie Śmier­ci, a póź­niej  — zachwy­co­na jego histo­rią — zosta­łam wolon­ta­riusz­ką w Dar­ko­wej Fun­da­cji. Całą tę histo­rię opi­sa­łam tu: http://www.aniazmienia.pl/2015/09/20/zwyciezca/ – war­to prze­czy­tać, jeśli chce­cie mieć pełen obraz sytu­acji:)

La Ultra. La Ultra to naj­cięż­szy bieg na świe­cie. Odby­wa się w Hima­la­ja­ch, a pobiec w nim mogą wyłącz­nie wybra­ne oso­by. W tym roku jest ich 18, w tym 3 kobie­ty. Bie­ga­cze do wybo­ru mają 3 dystan­se: 111km, 222km i 333km. Darek zde­cy­do­wał się na 222km, na poko­na­nie któ­ry­ch ma 2 doby. Nie było by w tym nic szcze­gól­ne­go, bo nie­raz już bie­gał powy­żej 200km, ale Hima­la­je ozna­cza­ją wyso­ko­ść. W tym wypad­ku dwie prze­łę­cze powy­żej 5000m. A to z kolei ozna­cza 50% tle­nu. Tem­pe­ra­tu­ra waha się mię­dzy –15, a +40 stop­ni.

Reasu­mu­jąc, tak w 3 minu­ty moż­na przed­sta­wić nasze wyzwa­nie: https://www.youtube.com/watch?v=swx9XD-iXZM

***

Na począt­ku  uzna­łam, że nie jestem odpo­wied­nią oso­bą na to miej­sce. Nie bie­ga­łam jesz­cze w życiu ultra, w ogó­le w sen­sie obiek­tyw­nym bie­go­wo nie zro­bi­łam dotąd zbyt wie­le, bo trud­no w obli­czu taki­ch wyzwań wspo­mi­nać o jed­nym prze­bie­gnię­tym mara­to­nie. Ale ponie­waż wyglą­da­ło na to, że inne oso­by z bli­skiej Dar­ko­wi eki­py nie mogą, to zaczę­łam się zasta­na­wiać — nie chcia­łam zosta­wiać go bez wspar­cia.

Popro­si­łam o radę dyrek­to­ra bie­gu, opi­su­jąc mu sie­bie w kon­tek­ście tego wyjaz­du. W jakiej jestem for­mie, na jaki­ch wyso­ko­ścia­ch dotąd byłam (a raczej nie byłam), cze­go naj­bar­dziej się oba­wiam. W odpo­wie­dzi dosta­łam taką wia­do­mo­ść:

(…)Ple­ase don’t wor­ry abo­ut the alti­tu­de. Sim­ply respect it. Whi­ch you alre­ady do. You respect it and it’ll respect you back. Be sca­red of it, it’ll take care of you and your well being.(…) I am always looking for crew like your­self. You pack your bags, put in clo­thes for very hot to very cold, dry to wet, and come along. I pro­mi­se you that this will be a life chan­ging expe­rien­ce.”

Jedy­ną oso­bą, któ­rej opi­nii mi bra­ko­wa­ło, był Miko­łaj. Miki towa­rzy­szył Dar­ko­wi 2 lata temu pod­czas Badwa­ter, a mnie rok temu pod­czas mara­to­nu. Bar­dzo wie­rzę w jego roz­są­dek I trzeź­wą oce­nę sytu­acji. Kazał jechać.

Jadę.

***

Ostat­nie 2 tygo­dnie po pod­ję­ciu decy­zji spę­dzi­łam na zała­twia­niu for­mal­no­ści, kom­ple­to­wa­niu wypo­sa­że­nia i ucze­niu się wszyst­kie­go na temat cho­rób wyso­ko­ścio­wy­ch. Przy­go­to­wu­ję się do tego wyjaz­du bar­dzo uważ­nie i bar­dzo porząd­nie. To nie jest wyciecz­ka z ład­ny­mi widocz­ka­mi i mam tego peł­ną świa­do­mo­ść.

Mój orga­ni­zm zare­ago­wał podob­nie, jak przed mara­to­nem – z ner­wów zaczę­łam cho­ro­wać. Zamia­st więc tre­no­wać przed wyjaz­dem, wylą­do­wa­łam na anty­bio­ty­ku, któ­ry osła­bił mnie tak, że wyzwa­niem stał się spa­cer w słoń­cu. Zaczę­ło boleć mnie wszyst­ko, od sto­py, po zęby i gło­wę – mia­łam nie­sa­mo­wi­tą oka­zję obser­wo­wać, jak na orga­ni­zm dzia­ła stres. Nie żeby było to jakimś wyjąt­ko­wym odkry­ciem, ale zabaw­nie obser­wo­wać kolej­ne czę­ści wła­sne­go cia­ła, któ­re nagle, bez przy­czy­ny, zaczy­na­ją boleć. Fizjo­te­ra­peu­ta uśmie­chał się tyl­ko pod nosem i mówił: przej­dzie.

***

Oczy­wi­ście, ja nie bie­gnę 222km, jestem tyl­ko (?) Dar­ko­wym wspar­ciem. Będę tłu­ma­czyć, moty­wo­wać, poda­wać picie, jedze­nie, pil­no­wać, żeby miał odpo­wied­nie ubra­nia, pew­nie kopać w tyłek, jeśli zaj­dzie potrze­ba, pod­cho­dzić z nim, kie­dy nie będzie bie­gł, podej­mo­wać – mam nadzie­ję – mądre decy­zje i pocie­szać, jeśli coś się nie uda.

W aucie będzie nas czwo­ro – tam­tej­szy kie­row­ca (no cóż, nie każ­dy może jechać autem na taki­ch wyso­ko­ścia­ch…), wolon­ta­riu­sz przy­dzie­lo­ny nam przez orga­ni­za­to­ra, fizjo­te­ra­peu­ta i ja. Będzie­my towa­rzy­szyć Dar­ko­wi od ok. 70-go kilo­me­tra, a jeśli się uda – ze wzglę­du na jego nie­peł­no­spraw­no­ść być może nawet od począt­ku.

Jeste­śmy przy­go­to­wa­ni, ale tam, na tej wyso­ko­ści może zda­rzyć się wszyst­ko. I choć wiem, że Darek chce dotrzeć na metę za wszel­ką cenę, to prio­ry­te­tem zawsze będzie jego zdro­wie.

***

Tak, chcia­łam w tym roku jechać w góry i coś pobiec, jak wie­cie unie­moż­li­wi­ły mi to pro­ble­my zdro­wot­ne. Mówiąc szcze­rze myśla­łam raczej o Kar­ko­no­sza­ch, czy Biesz­cza­da­ch, ale jak to u mnie w życiu bywa, jak zasko­cze­nie to z wyso­kie­go C. Już jutro więc speł­nię jed­no z moich naj­więk­szy­ch marzeń i wyle­cę na przy­go­dę swo­je­go życia — w Hima­la­je.

Wiem, że choć ja nie bie­gnę 222km, to każ­de z nas prze­ży­je tam swo­je pry­wat­ne La Ultra. Wiem, że może być rów­nie pięk­nie, co cięż­ko. Rów­nie cięż­ko, co pięk­nie. Spo­dzie­wam się wszyst­kie­go. Trzy­maj­cie za nas kciu­ki.

Są takie pro­po­zy­cje i wyzwa­nia, któ­ry­ch się, po pro­stu, nie odrzu­ca.