Być może budzi­sz się rano w ponie­dzia­łek, czy np. śro­dę, nie­za­do­wo­lo­ny, że znów trze­ba iść do pra­cy. Może masz pro­jekt do skoń­cze­nia, albo wie­sz, że  znów poja­wią się nie­za­do­wo­le­ni klien­ci, albo cokol­wiek inne­go, co w tym momen­cie wyda­je Ci się, i mnie prze­cież też, tak sza­le­nie waż­ne, że sku­pia­sz myśli tyl­ko na tym. Wszyst­kie emo­cje wędru­ją wła­śnie w kie­run­ku okrut­ne­go ponie­dział­ku i wszyst­kie­go nie­naj­lep­sze­go, co może przy­nie­ść.

No, albo śro­da. Ona też nie wró­ży jesz­cze suk­ce­sów, do piąt­ku dale­ko.

Być może idzie­sz kupić sukien­kę i jesteś wku­rzo­na, bo prze­cież masz za dużo w bio­dra­ch, brzu­ch też pozo­sta­wia do życze­nia, zno­wu na zaku­py, znów szu­ka­nie, znów coś musi­sz, chcia­łaś sukien­kę, ale nie taką, chcia­łaś dobrze wyglą­dać, ale nie wyglą­da­sz. Znów nie­za­do­wo­le­nie, znów coś nie gra i – na rany – czy muszę kupo­wać tę sukien­kę? Już jej nie chcę, wysy­łam do dia­bła, chcę do domu, a nie przy­mie­rzać.

Być może rzu­ca­ją Ci się w oczy kolej­ne cyta­ty o życiu. Znów czy­ta­sz, że trze­ba żyć teraz, żyć, chwy­tać dzień, zamy­śla­sz się na moment – a jeśli dobrze pój­dzie i aku­rat masz chwi­lę, może zdą­ży­sz nawet coś poczuć. Udo­stęp­ni­sz cytat, wró­ci­sz do nie­go jesz­cze raz, czy dwa, uśmie­cha­jąc się sam do sie­bie. Pój­dzie­sz dalej, kolej­ne bodź­ce, kolej­ne tema­ty, kolej­ni ludzie, sło­wa, wszyst­ko. Tak to dzia­ła.

No więc żyje­sz, tak? Myśli­sz, dzia­ła­sz, jesteś. Masz raz lep­szy, raz gor­szy humor, jak to w życiu. Zde­ner­wo­wał Cię kie­row­ca, wia­do­mo, źle poje­chał, debil, wku­rzył ojciec, ziry­to­wa­ła żona. Ale bywa też zno­śnie, poje­cha­łeś na waka­cje, ład­nie zaszło słoń­ce, wino, te spra­wy. Dobra książ­ka, zna­jo­mi, przy­ja­cie­le, faj­ny film w kinie i kot, któ­ry miło mru­czy. Wła­śnie zaczę­ła się wio­sna, więc wszyst­kim nam robi się lżej na ser­cu, a może jest lato, a Ty kocha­sz słoń­ce? Może zosta­łeś w domu z rodzi­ną i spę­dza­cie razem pięk­ny czas?

Może ktoś Cię przy­tu­la, a Ty kła­dzie­sz mu na ramie­niu swo­ją gło­wę. I czu­je­sz spo­kój. Jesteś szczę­ścia­rzem.

A może zna­la­złeś sobie cel, do któ­re­go upar­cie dąży­sz, masz pla­ny wie­sz, cze­go chce­sz, nie ma dys­ku­sji. Jesteś twar­dy i nie do poko­na­nia, nie­strasz­ne Ci upa­ły, ani tem­pe­ra­tu­ry, któ­re zamra­ża­ją katar w nosie. Masz swój cel i wie­sz, na co Cię stać. Na-pie-rasz. Uda­je się, to dosko­na­le, nie uda­je się, to tro­chę koń­czy się świat, wia­do­mo, dałeś z sie­bie wszyst­ko, nie wyszło, więc dałeś dupy, jesteś sła­by, trze­ba wię­cej bólu. W koń­cu się uda­je, ale to i tak nie ma zna­cze­nia, bo już w chwi­li, w któ­rej się uda­je wie­sz, że chce­sz wię­cej. Na-pie-rasz. I dobrze – jeśli tego Ci trze­ba?

Może nie myśli­sz za dużo o inny­ch rze­cza­ch, te zada­nia wypeł­nia­ją cały Twój czas. Może to za trud­ne, a może już o nich zapo­mnia­łeś, może zwy­czaj­nie nie masz cza­su, co prze­cież nie dzi­wi, jeśli raz jesz­cze spoj­rzeć w Twój kalen­da­rz. Zresz­tą… wskaż mi czło­wie­ka, któ­ry choć raz nie wypo­wie­dział legen­dar­ne­go: gdy­by doba mia­ła wię­cej, niż 24 godzi­ny…

No wła­śnie, GDYBY, to co? Co wci­snął­byś w tę godzi­nę, dwie, czy pięć?
Wię­cej zadań? Wię­cej ludzi? Na co wte­dy zna­la­zł­byś czas?

A gdy­byś tak kła­dąc się spać w ten cho­ler­ny ponie­dzia­łek pomy­ślał, czy przy­pad­kiem coś Ci nie umknę­ło? O czym wola­łeś nie myśleć? Przed czym ucie­kłeś? I, że każ­de­go dnia, kie­dy kła­dzie­sz się spać, jest Cię mniej. Cza­su jest mniej. To nie wyrzut. Żad­na pre­ten­sja. Też pró­bu­ję jakoś uło­żyć to sobie w gło­wie.

To, że wszyst­ko ma swój czas, ale on może się skoń­czyć, cza­sem bar­dzo nie­spo­dzie­wa­nie. Że każ­de­go dnia odcho­dzi jakaś czę­ść mnie. I Cie­bie. Jakiś kawa­łek życia, któ­re­go nie zdą­ży­li­śmy prze­żyć z taki­ch, czy inny­ch powo­dów i może już nie będzie­my mie­li szan­sy. Bez pre­ten­sji, wyrzu­tów.

Oczy­wi­ście, zawsze jest jutro. Ale ten dzień, któ­ry minął – do nie­go nie ma już powro­tu.