3 lata temu, kie­dy zaczy­na­łam ukła­dać sobie w gło­wie to całe zmie­nia­nie nie wie­dzia­łam dokład­nie co i jak zro­bię. Ale wie­dzia­łam jed­no – że nie chcę już wal­czyć.

Mia­łam za sobą kil­ka napraw­dę trud­ny­ch lat. Nie­ła­twy­ch prze­żyć. Wal­ki o róż­ne rze­czy i z róż­ny­mi rze­cza­mi, wyda­rze­nia­mi, czy ludź­mi. Czu­łam się coraz gorzej, zarów­no psy­chicz­nie, jak i fizycz­nie i…ciągle rosłam. Cią­gle też sły­sza­łam zewsząd infor­ma­cje o „wal­ce z nad­wa­gą”, „wal­ce z kilo­gra­ma­mi” itd. Wal­ka, wal­ka i wal­ka. Znisz­czyć tego gru­be­go czło­wie­ka, zli­kwi­do­wać go, pozbyć się, scho­wać, musi schud­nąć, chud­nąć, nie jeść, zabij się, a schud­nij. To było prze­ra­ża­ją­ce. I każ­dy czło­wiek z nad­wa­gą to zna.

Patrzy­sz w lustro i myśli­sz – och, gdy­bym tak mógł/mogła ten brzu­ch to sobie wyciąć jakoś, żeby go nie było. Pozbyć się, byle szyb­ko. Tu za dużo, tam za dużo, a tu jesz­cze roz­stę­py. I chce­sz umrzeć. Czar­na dziu­ra.

Któ­re­goś dnia zapy­ta­łam sie­bie – wal­cząc z kilo­gra­ma­mi, z kim wła­ści­wie wal­czy­sz?! Patrząc z nie­na­wi­ścią w lustro, kogo wła­ści­wie nie­na­wi­dzi­sz?

Sie­bie.

Kilo­gra­my, któ­re były prze­cież czę­ścią mnie, trak­to­wa­łam jak osob­ny byt, któ­re­go nie­na­wi­dzi­łam. Zaczę­łam się zasta­na­wiać – cze­mu chcę zwal­czyć sie­bie samą? Czy na pew­no tędy jest dro­ga?

I dałam sobie czas. Zaak­cep­to­wa­łam stan rze­czy. Prze­sta­łam się znę­cać nad samą sobą. Chcia­łam jeść – jadłam. Chcia­łam spać – spa­łam. Nie chcia­łam się ruszać – nie rusza­łam się. Dałam sobie do tego pra­wo. I co naj­waż­niej­sze – nie oce­nia­łam się wte­dy.

Para­dok­sal­nie, kie­dy tyl­ko to zro­bi­łam, w mojej gło­wie zaczę­ły poja­wiać się pomy­sły na zmia­nę. Nie tra­ci­łam już cza­su na nie­na­wi­dze­nie samej sie­bie, tyl­ko wyobra­ża­łam sobie co mogła­bym zro­bić, gdy­bym się zmie­ni­ła. Wyobra­ża­łam sobie, co CHCIAŁABYM wte­dy robić. W swo­ich myśla­ch prze­mie­rza­łam kolej­ne kilo­me­try bie­ga­jąc, pod­cią­ga­łam się na siłow­ni na drąż­ku, robi­łam pomp­ki i cho­dzi­łam po góra­ch. Byłam szczu­pła, spraw­na i szczę­śli­wa. Trwa­ło to kil­ka­na­ście mie­się­cy.

Niko­mu nie mówi­łam o tych pomy­sła­ch. W sku­pie­niu, w gru­pie, a póź­niej pod­czas indy­wi­du­al­ny­ch spo­tkań z psy­cho­lo­giem pra­co­wa­łam nad sobą. Leczy­łam się z nie­chę­ci do samej sie­bie. Zasta­na­wia­łam się dla­cze­go tak bar­dzo sie­bie nie lubię, że o sie­bie nie dbam. Skąd brak wia­ry w to, że mogę zro­bić coś ze swo­im życiem.

Bo kilo­gra­my to tyl­ko sku­tek. Nie przy­czy­na. To for­ma obro­ny przed emo­cja­mi, któ­ry­ch nie umia­łam wyra­zić, więc tłu­mi­łam je zaja­da­jąc. I wpa­da­łam w błęd­ne koło.

Po jakimś cza­sie wie­dzia­łam jed­no. Chcę zmie­nić, ale nie chcę wal­czyć. Chcę mieć na tyle sza­cun­ku do samej sie­bie, żeby o sie­bie dbać. Chcę, żeby mi to przy­szło natu­ral­nie. Ale jak to tak, bez wal­ki? Czy to nie brzmi absur­dal­nie? Prze­cież trze­ba ze sobą wal­czyć, żeby nie jeść, żeby ćwi­czyć… No więc – nie trze­ba! Do dziś mam aler­gię na takie myśle­nie, a co gor­sza — pro­pa­go­wa­nie go wśród ludzi potrze­bu­ją­cy­ch pomo­cy.

Nie, nie wie­dzia­łam czy mi się uda. Nie zadzia­ła­ły na mnie „spraw­dzo­ne” spo­so­by inny­ch. Szu­ka­łam wła­snej for­mu­ły. Nie mia­łam żad­nej pew­no­ści, że się uda i byłam z tym na począt­ku sama. Kto uwie­rzył­by dziew­czy­nie z 50kg nad­wa­gą, że któ­re­goś dnia pobie­gnie mara­ton? Naj­pierw musia­łam uwie­rzyć JA SAMA i coś w tym kie­run­ku zro­bić.

Potem przy­sze­dł 1 stycz­nia 2014, kie­dy wyszłam na pierw­szy spa­cer.
Potem poszłam na siłow­nię.
Potem zaczę­łam bie­gać.
A w mię­dzy­cza­sie. Mię­dzy wier­sza­mi. Zaczę­li poja­wiać się ludzie, któ­rzy we mnie wie­rzą. Nie na odwrót.

Dziś wal­czę na tre­nin­ga­ch. O postę­py. O lep­sze wyni­ki. Ale nie prze­ciw­ko sobie. A ta bez­piecz­na pie­rzy­na, któ­rą się obu­do­wa­łam z oba­wy przed świa­tem – zni­ka. Bo – po pro­stu – nie jest mi już potrzeb­na. Dla­te­go nie nazy­wam tego odchu­dza­niem.  Samo schud­nię­cie nie dało­by mi tego, co zmia­na. A cze­go?

Teraz sto­ję sil­na i wypro­sto­wa­na, patrząc ludziom i świa­tu w oczy. Akcep­tu­ję sie­bie, razem ze swo­ją histo­rią. Już się nie boję.

gory2