Mamy poło­wę stycz­nia. Więk­szość z nas zro­bi­ła pew­nie jakieś posta­no­wie­nia, pod­ję­ła decy­zje. Część zaczę­ła sta­wiać kolej­ne kro­ki w kie­run­ku zre­ali­zo­wa­nia swo­ich pomy­słów, część upa­dła po dwóch dniach, czy tygo­dniu, jesz­cze inni trwa­ją, prze­ży­wa­jąc pierw­sze kry­zy­sy. Jak świat świa­tem zawsze tak było, jest i będzie, bo tak jak my się od sie­bie róż­ni­my, tak –wbrew pozo­rom- róż­ne są nasze posta­no­wie­nia. Jed­no „schud­nąć” nie rów­na się dru­gie­mu, choć brzmi tak samo i teo­re­tycz­nie zakła­da podob­ne wysił­ki ukie­run­ko­wa­ne na osią­gnię­cie celu.

Zro­bi­łam w swo­im życiu pew­nie z milion róż­nych posta­no­wień, nowo­rocz­nych i innych, wie­cie, tych od ponie­dział­ku i kolej­ne­go i tak dalej. Byłam spe­cja­list­ką w dzie­dzi­nie pono­sze­nia kolej­nych pora­żek i myśle­nia o tym jak bar­dzo jestem sła­ba i fatal­na. Kie­dy dziś o nich myślę, wiem, że mia­ły wspól­ny mia­now­nik — tak napraw­dę nie były to moje praw­dzi­we pra­gnie­nia. Chud­nię­cie jest tu dosko­na­łym przy­kła­dem, o któ­rym pisa­łam w tek­ście „Moty­wa­cja”.

Z oczy­wi­stych przy­czyn ludzie dość czę­sto dzie­lą się ze mną swo­imi histo­ria­mi – pani w skle­pie, ochro­niarz na osie­dlu, zna­jo­mi bliż­si i dal­si, no i oczy­wi­ście czy­tel­ni­cy. Moż­na te opo­wie­ści podzie­lić na róż­ne spo­so­by, jed­nak to, co ude­rza mnie naj­bar­dziej to kwe­stia moty­wa­cji i pobu­dek, któ­re sto­ją za decy­zja­mi o zmia­nie.

Zupeł­nie ina­czej wyglą­da roz­mo­wa z kimś, kto pisze ze smut­kiem, że chce się zmie­nić, bo nie podo­ba się mężo­wi, a ina­czej z tym, kto mówi, że chce poczuć się dobrze w swo­im cie­le. Zupeł­nie ina­czej mówi ktoś, kto nasta­wia się na cięż­kie boje i wal­kę z samym sobą, a ina­czej ktoś, kto nie chce z niczym wal­czyć, tyl­ko powo­li sta­wiać kolej­ne kro­ki w dobrym dla sie­bie kie­run­ku.

W tym pierw­szym przy­pad­ku zazwy­czaj dużo jest żalu. Dużo „chciał­bym” i ocze­ki­wa­nia, że może jakoś samo się to sta­nie. Że zmia­na, jaka by nie była, potrwa z tydzień, no mie­siąc i będzie po wszyst­kim. I że nie może być na tej dro­dze słab­szych chwil i wybo­jów, bo od razu się prze­wró­ci. A jeśli się prze­wró­ci, to koniec i powrót do sta­re­go. Bar­dzo dobrze to znam i z tego miej­sca, w któ­rym jestem dziś, mogę powie­dzieć, że to nie jest decy­zja o zmia­nie. To bier­ne ocze­ki­wa­nie na cud i wyszu­ki­wa­nie prze­szkód. A już sta­re porze­ka­dło mówi, że kto chce, szu­ka spo­so­bu, kto nie chce, szu­ka powo­du.

I tu docho­dzi­my do sed­na. Więk­szość z Was pew­nie pamię­ta film „Chło­pa­ki nie pła­czą”, w któ­rym Laska mówi do Kuby: odpo­wiedz sobie na jed­no zaje­bi­ście, ale to zaje­bi­ście, waż­ne pyta­nie: co lubię w życiu robić. A potem zacznij to robić. Nie to, co powi­nie­neś robić, aby zado­wo­lić innych. Nie to, jak powi­nie­neś wyglą­dać, aby mąż, żona, chło­pak, dziew­czy­na, bab­cia, czy rodzi­ce byli zado­wo­le­ni.

To jest ten moment, w któ­rym możesz zadać sobie w koń­cu pyta­nie: CZEGO CHCESZ? I uczci­wie na nie odpo­wie­dzieć. Bo może to bez prze­ko­na­nia wypo­wia­da­ne „chciał­bym”, zna­czy tak napraw­dę tyl­ko „uwa­żam, że powi­nie­nem”. Bo może, tak napraw­dę, wca­le nie chcesz być szczupły/a i nie jest to dla Cie­bie prio­ry­te­tem. Bo może tym, cze­go chcesz jest wiel­ki deser lodo­wy od Gry­ca­na. I, serio, dopó­ki tyl­ko pozo­sta­jesz w zgo­dzie z samym sobą, to TEŻ JEST OK, a jedy­ne co powi­nie­neś zro­bić, to to zaak­cep­to­wać i prze­stać się kato­wać.

Jest duża szan­sa, że ten zaka­za­ny owoc nie będąc już zaka­za­nym, znacz­nie stra­ci na swo­jej atrak­cyj­no­ści i po paru dniach cze­ko­la­da (to oczy­wi­ście tyl­ko przy­kład!) Ci zbrzyd­nie. Kie­dy prze­sta­niesz się cią­gle spi­nać i przy­go­to­wy­wać do trud­nej wal­ki, odpocz­niesz i zdo­łasz zna­leźć w sobie siłę na to, żeby pomy­śleć kon­struk­tyw­nie o pla­nie dzia­ła­nia. Pomy­ślisz sobie, że jesteś OK. I że w sumie robie­nie tego, co napraw­dę chcesz też jest faj­ne i nie musi zamknąć się w mie­sią­cu znie­na­wi­dzo­nej, wymę­czo­nej die­ty. A jak zjesz pącz­ka po dro­dze, to Twój świat się nie zawa­li. Te potknię­cia nie mają żad­ne­go zna­cze­nia w kon­tek­ście roku, dwóch, trzech, czy dzie­się­ciu.

A może oka­że się, że to zupeł­nie nie jest Two­ja dro­ga, podej­miesz wła­sną, doro­słą decy­zję i nauczysz się z nią żyć? I w koń­cu ode­tchniesz z ulgą, że wca­le nie chcesz tego, o czym tak dłu­go mówi­łeś „chciał­bym”. Bo już wiesz, że nie ma cze­goś takie­go jak „powi­nie­nem”. Bo już masz w dupie to, że „powi­nie­neś”. I to też jest OK. To napraw­dę jest OK.