Oglą­da­łam ten obra­zek pew­nie z milion razy. Poru­szył mnie w swo­jej pro­sto­cie tak, że nie mogłam o nim zapo­mnieć. To dobrze, bo do zmian trze­ba emo­cji. Więc tak sobie patrzy­łam jakiś czas. Mia­łam chęć podzie­lić się nim ze zna­jo­my­mi, ale za bar­dzo się wsty­dzi­łam. Ta dziew­czy­na na zdję­ciu – to ja. Wiel­ka pie­rzy­na wokół mnie, czar­na roz­pa­cz.

I gdzieś jakieś maleń­kie prze­bły­ski świa­tła, że może jed­nak? Może da się z tego wyj­ść?

Był Syl­we­ster. Obu­dzi­łam się po takiej sobie impre­zie, z kacem i rów­nie złym samo­po­czu­ciem, jak zwy­kle. Cały dzień przede mną. Nie wiem cze­mu aku­rat wte­dy, bo nie było to nowo­rocz­ne posta­no­wie­nie. Ale pamię­tam, że pomy­śla­łam: po co będę tak sie­dzieć, wyj­dę się przej­ść.

Nie­na­wi­dzi­łam zimy. Wte­dy mi nie prze­szka­dza­ła. Ubra­łam się, wzię­łam muzy­kę i słu­chaw­ki i spa­ce­ro­wa­łam. 3 godzi­ny. Aż kon­kret­nie zmar­z­łam. Myśla­łam wte­dy, co mogła­bym zro­bić i nie mia­łam pomy­słu. Czę­sto sły­szę, że moja deter­mi­na­cja robi wra­że­nie i, że chy­ba od począt­ku musia­łam się nasta­wić na takie cele, któ­re osią­gam teraz. To nie­praw­da.

Każ­dy pew­nie sły­szał o tym, jaki powi­nien być cel. Że SMART. Nie byłam chy­ba w życiu na szko­le­niu, na któ­rym by mi tego nie powtó­rzo­no. Wszę­dzie czy­tam, że trze­ba posta­wić sobie kon­kret­ny cel i z nie­go się roz­li­czyć. No, może tak. U mnie było ina­czej.

Nie mia­łam kon­kret­ne­go celu. Nie umiej­sco­wi­łam go w cza­sie. Nie był mie­rzal­ny. Mia­łam w gło­wie tyl­ko ten obraz – mnie, prze­kra­cza­ją­cej metę jakie­goś bie­gu. Zwin­ną, spraw­ną. Szczę­śli­wą. Mało kon­kret­ne, sła­bo mie­rzal­ne. Według spe­cja­li­stów pew­nie zapo­wie­dź pięk­nej kata­stro­fy. Ale za to moje. Jak wszyst­ko, co się póź­niej wyda­rzy­ło.

Brzmi nie­do­rzecz­nie?  Nie wie­dzia­łam do koń­ca co chcę zro­bić, ani jak, a… po pro­stu zaczę­łam to robić. Mały­mi, bar­dzo mały­mi kro­ka­mi. Zamia­st tra­cić czas na roz­my­śla­nie, czy mam moty­wa­cję, czy jej nie mam, ile kalo­rii powin­nam jeść, co powin­nam jeść, ile się ruszać, czy sie­bie lubię, kie­dy chcę osią­gnąć cel, ile to musi być kilo­gra­mów, od kie­dy zacząć, co muszę kupić, żeby zacząć, czy dam radę… po pro­stu zaczę­łam powo­li zmie­niać swo­je nawy­ki, powo­li two­rzyć nowe…

Wie­dzia­łam kil­ka rze­czy, któ­re były moją bazą na począ­tek:

- Że chcę być spraw­na, zdro­wa i sil­na. Taki obraz sie­bie mia­łam w gło­wie. A zatem sport, dużo spor­tu.
— Że nigdzie mi się nie spie­szy i może to potrwać tak dłu­go, jak trze­ba. Dla­cze­go? Dla­te­go, że wie­dzia­łam, że ja się NIE ODCHUDZAM. Że chcę zmie­nić swój styl życia. Nawy­ki. A to musi trwać. I chcia­łam zro­bić to na zawsze –nie na kil­ka mie­się­cy, pod­czas któ­ry­ch się umę­czę, odchu­dzę, a potem…wrócę do tego, co było.
— Że nie prze­cho­dzę na żad­ną roz­pi­sa­ną mi na kart­ce die­tę, bo na począ­tek sama zwe­ry­fi­ku­ję swo­je nawy­ki jedze­nio­we. Zarę­czam, że po spi­sa­niu sobie na kart­ce co, ile i kie­dy zja­dło się dane­go dnia, łatwo wychwy­cić więk­szo­ść błę­dów, przy­naj­mniej na począ­tek. Po wyeli­mi­no­wa­niu oczy­wi­sty­ch rze­czy, war­to skon­tak­to­wać się z kimś, kto się na tym zna i pomo­że uło­żyć dobry jadło­spis, dopa­so­wa­ny do potrzeb i moż­li­wo­ści, bez kato­wa­nia się.  Bo, jak poka­zu­je moja histo­ria, moż­na nor­mal­nie jeść i chud­nąć.
— Że emo­cją, z któ­rej wycho­dzę, z któ­rą zaczy­nam, nie jest nie­chęć do sie­bie, nie­na­wi­ść, jak to zwy­kle bywa­ło. Nie chcia­łam już zmie­niać się dla­te­go, że nie mogłam na sie­bie patrzeć w lustrze. Chcia­łam to zro­bić dla­te­go, że sie­bie lubię i sza­nu­ję i uwa­żam, że war­to, żebym była dla sie­bie dobra.

I tak wła­śnie, 1. stycz­nia 2014 wyszłam, ruszy­łam się, dałam cze­muś począ­tek. Nie kato­wa­łam się już licz­ba­mi, tak, jak zwy­kłam robić to dotąd. To na mnie nie dzia­ła­ło, więc posta­no­wi­łam podej­ść do tema­tu ina­czej. Bez jakiej­kol­wiek gwa­ran­cji suk­ce­su, ina­czej, niż mówią wszy­scy. Po swo­je­mu. Zawsze byłam zadzior­na, upar­ta i –jak się oka­za­ło- sil­na. O taki­ch cecha­ch czę­sto mówi się nega­tyw­nie. Teraz mia­łam oka­zję prze­ko­nać się, że wyko­rzy­sta­nie ich dla sie­bie, a nie prze­ciw­ko sobie, może przy­nie­ść nie­zwy­kłe rezul­ta­ty.

I wiem, że to wła­śnie to, nie­co nie­co­dzien­ne podej­ście, pozwo­li­ło mi przez pół­to­ra roku zmie­niać i omi­jać chwi­le zwąt­pie­nia, a raczej po pro­stu kopać im tył­ki i odsy­łać z kwit­kiem.  Zdą­ży­łam już być w życiu nie­szczę­śli­wa. Ostat­nią rze­czą, któ­rej chcia­łam, to jesz­cze sobie tego doło­żyć.

Zary­zy­ko­wa­łam.

c. d. n.