Praw­do­po­dob­nie każ­dy chciał­by odnie­ść jakiś suk­ces: mieć dobrą pra­cę i dobry zwią­zek, dużo kasy, być szczu­płym i, na przy­kład, bo to aku­rat bar­dzo mi bli­skie, prze­biec mara­ton, czy też prze­biec ten mara­ton w cza­sie poni­żej 3h. To takie rze­czy, któ­re łatwo mówić na spo­tka­niu przy piwie, rzu­ce­nie krót­kie­go „ale bym chciał” nic nie kosz­tu­je. Potem bie­rze­sz kolej­ne­go łyka piwa, kro­isz kawa­łek piz­zy i wszyst­ko wra­ca do nor­my.

A żeby coś osią­gnąć, to zazwy­czaj trze­ba na to, nie­ste­ty, po pro­stu, ostro zapie***lać.

Tak, wiem, że są ludzie, któ­rzy uro­dzi­li się boga­ci i nie muszą pra­co­wać, są tacy, któ­rzy uro­dzi­li się z jakąś hiper­ko­smicz­ną prze­mia­ną mate­rii, jedzą co chcą i są dalej chu­dzi (zawsze widząc coś takie­go stwier­dzam, że nie ma Boga i spra­wie­dli­wo­ści), są tacy, któ­rzy na pierw­szym tre­nin­gu bie­ga­ją 10km w 50mi­nut, co mnie się może nigdy nie udać, no i w są tacy, któ­rzy nie łapią naj­dziw­niej­szy­ch kon­tu­zji świa­ta na każ­dym kro­ku, no ogól­nie są tacy szczę­śliw­cy. Tyl­ko, po pierw­sze,  rze­czy nie zawsze są tak pro­ste, jak nam się wyda­ją na pierw­szy rzut oka, no wie­cie,  czy na pew­no “miał pro­ściej”? A po dru­gie, jeśli nawet, to co z tego?

Oczy­wi­ście mogę poświę­cić czas na roz­my­śla­nie o tym i mówie­nie, jak nie­spra­wie­dli­we jest życie, ale szko­da mi na to cza­su, ponie­waż NIC, dokład­nie NIC, poza ewen­tu­al­ną fru­stra­cją, z tego nie wynik­nie. Mie­wam chwi­le zwąt­pie­nia jak każ­dy, ale to czę­ść życia. A suk­ces, to robić swo­je w taki­ch oko­licz­no­ścia­ch i przy taki­ch zaso­ba­ch, jakie aku­rat mamy. Z tym, co mamy i mimo tego, cze­go nam brak.

Mia­rą suk­ce­su dla oso­by z depre­sją będzie to, że wsta­ła dziś z łóż­ka i odku­rzy­ła miesz­ka­nie. Dla oso­by, któ­ra zosta­ła cięż­ko ran­na w wypad­ku, to będzie np. pierw­szy krok o wła­sny­ch siła­ch. Dla kogoś, kto jest spa­ra­li­żo­wa­ny, to będzie to, że uczy się na nowo żyć i myje sam zęby. Dla kogoś, kto się boi, to będzie zdo­by­cie się na publicz­ne wystą­pie­nie. Dla odchu­dza­ją­ce­go się, kolej­ny stra­co­ny kilo­gram, dla pro­fe­sjo­nal­ne­go lek­ko­atle­ty kwa­li­fi­ka­cja na Igrzy­ska Olim­pij­skie, dla mnie popra­wie­nie cza­su w mara­to­nie, a dla moich kole­gów — miej­sce w czo­łów­ce 82-kilo­me­tro­we­go Bie­gu Rzeź­ni­ka w Biesz­cza­da­ch. Nie podej­mu­ję się oce­niać, któ­ra z tych rze­czy jest więk­szym suk­ce­sem, któ­ra waż­niej­szym, któ­ra wyma­ga naj­wię­cej pra­cy. Wy byście się pod­ję­li?

To, co łączy wszyst­kie te suk­ce­sy to pra­ca, któ­ra za nimi stoi. Będzie wrze­sień, pobie­gnę – mam nadzie­ję – mara­ton. Popra­wię – mam nadzie­ję – czas z zeszłe­go roku. Poka­żę Wam zdję­cie, popła­czę się na mecie, no, jak to ja. To będzie ta czę­ść, któ­rą widzą wszy­scy. Nagro­da za pra­cę, któ­rej – dla odmia­ny – nie widzi nikt.

Bie­ga­łam dziś w upa­le, któ­re­go nie zno­szę. Nie, nie było to przy­jem­ne. Nie było uwal­nia­nia endor­fin, ani dzi­ki­ch sko­ków z rado­ści. Była pra­ca, któ­rą mam do wyko­na­nia, żebym mogła dostać moją nagro­dę. Speł­nić marze­nie i osią­gnąć cel. Kie­dy już w koń­cu, wra­ca­jąc do domu, mia­łam tro­chę cie­nia i mój mózg zaczął znów pra­co­wać, pomy­śla­łam wła­śnie o tym – że tu nie ma nic z góry. Nie ma, że naj­pierw nagro­da na zachę­tę, a potem odpra­cu­je­sz. Naj­pierw robo­ta, potem nagro­da. O ile nic nie sta­nie na prze­szko­dzie, bo może aku­rat dosta­nie­sz znów zapa­le­nia ścię­gna i co? Pod­da­sz się?

Sport cudow­nie odda­je nam to, co daje­my, ale jest rów­nież wyma­ga­ją­cym nauczy­cie­lem dla tych, któ­rzy trak­tu­ją go jako coś wię­cej, niż spa­la­nie zje­dzo­ny­ch kalo­rii. Na każ­dym pozio­mie. Być może koja­rzy­cie Kasię, któ­ra pro­wa­dzi blo­ga Run The World. Obser­wo­wa­łam ją, kie­dy osią­ga­ła wspa­nia­łe bie­go­we suk­ce­sy i zasta­na­wia­łam się cza­sem, czy ludzie na takim pozio­mie w ogó­le mogą dopusz­czać moż­li­wo­ść, że cięż­ka pra­ca moż­li­wa jest też tam niżej, gdzie nie dzie­ją się w sen­sie obiek­tyw­nym rze­czy wiel­kie. Gdzie bra­ku­je pre­dys­po­zy­cji, zdro­wia itp.

Kasia naba­wi­ła się fatal­nej kon­tu­zji, w wyni­ku któ­rej nie bie­ga od pół roku i, z tego co pisze, jesz­cze dużo przed nią. Choć nigdy i niko­mu nie życzę, by prze­żył to, co ona, choć – rze­cz jasna — podzi­wia­łam to, co robi­ła, to przy­zna­ję, że dopie­ro teraz jej poczy­na­nia wzbu­dza­ją mój naj­więk­szy sza­cu­nek i uzna­nie.  Być może jest tak dla­te­go, że to, co robi­ła wcze­śniej było dla mnie tro­chę jak lot w kosmos, tro­chę jak scien­ce-fic­tion, nie­osią­gal­ne. Obser­wo­wa­nie jak szu­ka dróg dooko­ła, moż­li­wo­ści, kom­bi­nu­je i cięż­ko pra­cu­je jest sza­le­nie inspi­ru­ją­ce. To jest ogrom­na siła, któ­ra – z pew­no­ścią – zapro­wa­dzi ją do kolej­ny­ch suk­ce­sów.

Na kre­dyt może­sz kupić tele­wi­zor, lodów­kę, czy apa­rat. Naj­pierw bie­rze­sz je do domu, póź­niej pła­ci­sz. W pra­cy nad sobą nie ma skró­co­ny­ch dróg,  kre­dy­tów, ani fak­tur z odro­czo­ny­mi ter­mi­na­mi płat­no­ści. Naj­pierw spła­ca­sz, póź­niej dosta­je­sz swo­ją nagro­dę. Naj­pierw pra­ca, póź­niej nagro­da. Nigdy odwrot­nie.