On, wyspor­to­wa­ny, umię­śnio­ny, ubra­ny w mod­ną, dość obci­słą koszul­kę Under Armo­ur. Ona, z dużą nad­wa­gą, w luź­nych ubra­niach, przy­gar­bio­na, ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię. Bie­gną, truch­ta­ją. Macham jej, jak to bie­ga­cze mają w zwy­cza­ju, ale nie widzi. Naj­pierw myślę – jak cudow­nie, że ma wspar­cie. Potem – jakie to smut­ne, że my, gru­bi, tak czę­sto musi­my się bro­nić, kie­ru­jąc wzrok wła­śnie w dół.

Przed tym gościem, któ­ry idzie i poka­zu­je mnie pal­cem śmie­jąc się, a któ­re­mu mam ocho­tę wrza­snąć w twarz: cze­go chcesz, Ty pod­ły gru­ba­sie?, ale powstrzy­mu­ję się, bo nie chcę być jak on. Przed tą wyma­lo­wa­ną panią, któ­ra wysia­da z ele­ganc­kie­go samo­cho­du z mężem i dziec­kiem, a na któ­rą wpa­dam kil­ka razy pod­czas bie­gu zauwa­ża­jąc jej zło­śli­wy uśmiech i szep­ty do męża. Nie, nie sądzę, że wyra­ża swo­ją apro­ba­tę dla tego, że wła­śnie wal­czę.

Za któ­rymś razem nie wytrzy­mu­ję, pod­no­szę ręce i krzy­czę zre­zy­gno­wa­na: NO I CZEGO SIĘ GAPISZ? Odwra­ca wzrok i przy­spie­sza kro­ku. Nie chce odpo­wie­dzieć na moje pyta­nie. Facet, któ­re­mu odpu­ści­łam, odjeż­dża w swo­im samo­cho­dzie nadal komen­tu­jąc. Widzę to wszyst­ko, bo nie patrzę w zie­mię. Widzę, bo mam odwa­gę patrzeć im w twarz. Ale nie dzi­wię się niko­mu, kto jej nie ma.

I potem sły­szę, jak ktoś mówi, że nie pój­dzie na basen. Na basen, któ­ry mógł­by pomóc mu w pra­cy nad sobą. Nie pój­dzie, bo wsty­dzi się swo­je­go cia­ła. Nie wyj­dzie bie­gać, bo będą go wyty­ka­li pal­ca­mi. Falu­ją­ce wał­ki tłusz­czu, cięż­ki krok, sapa­nie – nie brzmi zbyt kuszą­co. Zre­zy­gnu­je znów. Zre­zy­gnu­je i z siłow­ni, bo tam jakaś laska powie, że brzy­dzi się koło niej nawet przejść. Pot będzie lał się stru­mie­nia­mi w pięt­na­stej minu­cie na orbi­tre­ku, na któ­rym inni ćwi­czą godzi­nę. Nie zro­bi pomp­ki, bo nie umie.

Nie umie i się nie nauczy, bo nie ma innej dro­gi, niż prak­ty­ka. Ale nie będzie prak­ty­ki, bo para­li­żu­je ją strach. Chy­ba że spró­bu­je.

Przed swo­ją pierw­szą wizy­tą na siłow­ni upew­ni­łam się, że mam odpo­wied­nio luź­ne ubra­nia. Czu­łam wiel­ki opór i napraw­dę ze sobą wal­czy­łam. Naj­pierw szat­nia – te wszyst­kie ład­ne, wyspor­to­wa­ne dziew­czy­ny i ja. 50kg nad­wa­gi. Roz­stę­py. Nic faj­ne­go. Prze­ły­kam to. Patrzę w zie­mię, czy przed sie­bie, ale nie patrzę niko­mu w twarz. Prze­bie­ram się i szyb­ko wycho­dzę.

Sia­dam na rower­ku i myślę tyl­ko o tym, co myślą inni. Po chwi­li racjo­na­li­zu­ję, że ludzie zazwy­czaj są tak zaję­ci sobą, że nie będą mie­li cza­su i ocho­ty zaj­mo­wać się mną. I to nawet się spraw­dza. Nie­któ­rzy zer­ka­ją ukrad­kiem, ale nie spo­ty­ka mnie nic nie­przy­jem­ne­go. Zacze­pia mnie tre­ner, pro­po­nu­jąc tre­ning. Głów­nie myślę o tym, co on myśli. Zaczy­na­my razem pra­co­wać. Oka­zu­je się, że nie myślał nic szcze­gól­ne­go. Fak­ty – dużo pra­cy przed nami. Zero oce­nia­nia. Besz­ta­nia. Z przy­zwy­cza­je­nia to ja źle oce­ni­łam jego.

Bycie gru­bym jed­no­znacz­nie koja­rzy mi się z patrze­niem w zie­mię. Wycho­dze­niem bie­gać wie­czo­ra­mi, kie­dy inni nie widzą. Jedze­niem na uli­cy ze wzro­kiem wbi­tym w pod­ło­gę albo jakieś nic przed nami, byle unik­nąć ludz­kich spoj­rzeń. To obse­sja. Jedząc sałat­kę zasta­na­wia­łam się, czy ludzie myślą: hehe, odchu­dza się, no naj­wyż­szy czas… Bałam się nawet kolej­nych wizyt u leka­rza – czy znów nie usły­szę, że jak pani jest oty­ła to co się pani dzi­wi. Bałam się już wszyst­kie­go.

Mogła­bym tak całe życie, ale zde­cy­do­wa­łam, że nie. Bo w koń­cu mogłam powie­dzieć gło­śno, że mam już dość kopa­nia mnie w dupę. Że na to nie zasłu­ży­łam. I że żad­na głu­pia oso­ba nie może być powo­dem mojej rezy­gna­cji z marzeń. I wie­cie, co oka­za­ło się kil­ka­na­ście mie­się­cy i minus 40kg póź­niej?

Były waka­cje. Jecha­łam auto­bu­sem, czu­łam się ze sobą dobrze, wyglą­da­łam dobrze. Obok mnie jecha­ła pew­na para. Czar­no­skó­ry męż­czy­zna i oty­ła kobie­ta. Męż­czy­zna obró­cił się za mną, kie­dy szłam do wyj­ścia i nagle usły­sza­łam jak syczy do nie­go po angiel­sku: nie patrz na nią! Ona jest brzyd­ka!

Naj­pierw zachcia­ło mi się pła­kać, bo oto schu­dłam, a pod­łość zosta­ła pod­ło­ścią. Szyb­ko dotar­ło do mnie, że to nie moja waga jest tu kwe­stią, tyl­ko to, co o sobie myślę i jak się ze sobą czu­ję. Że zawsze znaj­dzie się ktoś, komu nie będę odpo­wia­da­ła. Zawsze mogę tra­fić na kogoś, kto wyży­je się na mnie za to, że coś mu nie wyszło. I tak dalej. I tak dalej. I, nie­ste­ty, że to nie jest tak, że tyl­ko nam, gru­bym robi się przy­krość. Przy­krość robią ludzie ludziom, a przy­mio­ty jed­nych i dru­gich to spra­wa dru­go­rzęd­na.

Pomy­śla­łam wte­dy też o tym, że być może ta kobie­ta kie­dyś będzie pła­kać, kie­dy ktoś powie jej to, co nie­jed­no­krot­nie sły­sza­łam ja. I że chcia­ła­bym, żeby sobie wte­dy przy­po­mnia­ła, jak zacho­wa­ła się w sto­sun­ku do mnie. Dosta­jesz to, co dajesz. Prę­dzej, czy póź­niej. W taki, czy inny spo­sób. Daj więc choć ele­men­tar­ny sza­cu­nek.

A jeśli jesteś gru­by, chu­dy, brzyd­ki, jaki­kol­wiek, pamię­taj o jed­nym – na cokol­wiek trud­ne­go, wyma­ga­ją­ce­go się zde­cy­do­wa­łeś, doceń się. Wal­czysz, więc stój pro­sto i patrz świa­tu w twarz. Może Cię jesz­cze zasko­czyć.

 

___

zdję­cie pocho­dzi ze stro­ny: http://dranugupta.com/are-you-unconsciously-programming-yourself-to-be-fat/