Chcę schud­nąć, prze­biec mara­ton, zmie­nić pra­cę, napra­wić zwią­zek, wpi­sz sobie tutaj co tyl­ko uwa­ża­sz, bo cho­dzi o to, że… no po pro­stu, chce­sz speł­nić marze­nia, jak wszy­scy. Gorzej, jeśli chce­sz już. Na jutro, naj­póź­niej na za tydzień, a mie­siąc to już hory­zont, któ­re­go nie widać. Wszyst­ko musi dziać się szyb­ko, bo ina­czej… co? No wła­śnie, co? Zre­zy­gnu­je­sz?

***

Codzien­nie kolej­ne pyta­nia u mnie w skrzyn­ce, na gru­pa­ch moty­wa­cyj­ny­ch, w sie­ci. Jestem na die­cie już dwa tygo­dnie, dla­cze­go jesz­cze nie schu­dłam? Bie­gam już od mie­sią­ca, cze­mu jestem taka wol­na? Kie­dy zacznę chud­nąć, co zro­bić, żeby to przy­spie­szyć? Czy masz jakieś spo­so­by? Co zro­bić, żeby bie­gać szyb­ciej? Ile cza­su Ci to wszyst­ko zaję­ło? Pode­ślij jakąś diet­kę. Nie­za­leż­nie od tema­tu, wszyst­kie mają wspól­ny mia­now­nik – ma być szyb­ko. Dzia­łam już tydzień, cze­mu do cho­le­ry nic się nie dzie­je?!

I wte­dy zamy­kam oczy i przy­po­mi­nam sobie sty­czeń 2014 roku. Ważę ponad 120kg, cięż­ko mi cho­dzić, bo krę­go­słup boli, cięż­ko mi sie­dzieć, bo boli bio­dro. Nie mam wiel­ki­ch nadziei na nic, bo myślę, że z tego punk­tu nie ma już odwro­tu. Że wszyst­ko zaszło za dale­ko, by móc wró­cić – mieć ład­ną syl­wet­kę, być zdro­wą. Ale zewsząd dobie­ga­ją mnie też histo­rie osób, któ­rym uda­je się robić rze­czy nie­wia­ry­god­ne, a wte­dy ser­ce zaczy­na bić moc­niej. Może sko­ro oni mogą, to ja też?

Wycho­dząc na pierw­szy spa­cer nie mam pla­nu, po pro­stu idę.

Po kil­ku wspól­ny­ch mie­sią­ca­ch na siłow­ni wszy­scy chwa­lą za wyni­ki moją kole­żan­kę, a ja sto­ję obok i nie mówię nic. Mija 6 mie­się­cy od spa­ce­ru. 5 mie­się­cy od pierw­szej wizy­ty na siłow­ni. Uby­ło kil­ka kilo­gra­mów, ale nic nie widać. W ciszy prze­bie­ram się na kolej­ny tre­ning. Wiem, że mój czas nadej­dzie.

Mija­ją kolej­ne mie­sią­ce, raz waga spa­da, raz nie. Patrzę w lustro i mówię sama do sie­bie: trud­no. Chcia­łaś być wyspor­to­wa­na, to się spor­tuj.

***

W mię­dzy­cza­sie obser­wu­ję i zachwy­cam się każ­dą zmia­ną. Już nie wsty­dzę się patrzeć w lustro. Widzę cia­ło, któ­re choć nie­do­sko­na­łe, jest moje i z każ­dym tre­nin­giem zmie­nia się na lep­sze. Pierw­szy raz w życiu patrząc na wcze­śniej znie­na­wi­dzo­ne fałd­ki i roz­stę­py, nie czu­ję nie­na­wi­ści. Zamia­st roz­pacz­li­wie rzu­cać się na wszel­kie meto­dy pozby­cia się ich JUŻ, szyb­ko, w tej chwi­li, czu­ję dumę. Jestem spo­koj­na, a moje cia­ło jest jak pla­ste­li­na. Rzeź­bię. To trwa.

Kie­dy odbi­cie w lustrze zaczy­na mi się coraz bar­dziej podo­bać, kie­dy w koń­cu ujaw­nia­ją się mię­śnie, na któ­re tak cięż­ko pra­co­wa­łam, zaczy­nam cho­ro­wać. Jak poli­czy­łam ostat­nio, łącz­nie moja prze­rwa od tre­nin­gów na siłow­ni i bie­ga­nia wynio­sła rok. ROK. Znów robię się okrą­glej­sza, nie­ćwi­czo­ne mię­śnie zaczy­na­ją zani­kać. Ten widok tro­chę boli, ale mimo że posta­wie­nie dia­gno­zy wyma­ga odwie­dzin u 5 orto­pe­dów, 3 fizjo­te­ra­peu­tów, 2 inter­ni­stów, neu­ro­chi­rur­ga i neu­ro­lo­ga, nie pod­da­ję się.

I wra­cam. Od nowa. Od począt­ku.

***

A teraz  zamy­kam oczy raz jesz­cze i zasta­na­wiam się, co by było, gdy­by rze­czy­wi­ście te nasze marze­nia speł­nia­ły się w sekun­dę. W pierw­szym momen­cie wyda­je się to roz­wią­za­niem ide­al­nym, ale… serio? Pytam sie­bie, zapy­tam i Cie­bie — o czym byś wte­dy marzył, do cze­go dążył?

***

Ostat­nio pod­czas roz­mo­wy do maga­zy­nu Runner’s World, dzien­ni­ka­rz zapy­tał mnie skąd to nie­ty­po­we podej­ście. Po chwi­li namy­słu odpar­łam, że to chy­ba – po pro­stu – doj­rza­ło­ść. Doro­sło­ść. Moment, w któ­rym wie­sz, że nic nie dzie­je się na pstryk­nię­cie pal­ca­mi, ale wie­le może­sz zro­bić wytrwa­le pra­cu­jąc. Że życie to nie jakiś jeden cel, któ­ry osią­ga­sz i jest po spra­wie, tyl­ko dro­ga peł­na wyzwań, prze­szkód, ale i nagród. Że cho­dzi o to, aby się nią cie­szyć i być jej cie­ka­wym.

***

Tym­cza­sem w skrzyn­ce kolej­ne pyta­nia i kolej­ne rekla­my od sprze­daw­ców marzeń. Schud­nij w trzy tygo­dnie, zmniej­sz sobie to, powięk­sz tam­to, spraw­dź, jak ona to zro­bi­ła, nie może­sz tego prze­ga­pić (ale życie to może­sz, ha?).

Szu­kam ksią­żek na temat kom­pul­syw­ne­go jedze­nia, aby móc podzie­lić się z czy­tel­ni­ka­mi czymś war­to­ścio­wym i widzę, że ewi­dent­nie auto­rzy licy­tu­ją się na czas – rekor­dzi­sta wyle­czy nas w 21 dni.

Zasta­na­wiam się wte­dy, czym jest moja kil­ku­let­nia pra­ca nad sobą, dro­ga peł­na zwąt­pień, suk­ce­sów i pora­żek, wobec obiet­ni­cy wyle­cze­nia w 21 dni? Czy jestem naiw­niacz­ką, któ­ra zmar­no­wa­ła ten czas? Czy już daw­no mogłam być zdro­wa, chu­da i – rze­cz jasna — szczę­śli­wa, zamia­st każ­de­go dnia mie­rzyć się z kolej­ny­mi wyzwa­nia­mi, doł­ka­mi i gór­ka­mi i nadal być w dro­dze?

***

Czy­tam to i myślę, że jedy­ne, cze­go w tym zesta­wie bra­ku­je, to porad­nik „Jak prze­żyć życie w 30 dni”. Może to jest jakiś pomy­sł. Wszy­scy chęt­ni kupią, zasto­su­ją, a potem z bra­ku inny­ch moż­li­wo­ści zaczną PO PROSTU ŻYĆ.