Nie jestem pew­na co do „wszy­scy”, ale myślę, że z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa moż­na zało­żyć, że więk­szo­ść z nas ma marze­nia, wyzna­cza sobie cele i robi pla­ny. To są zazwy­czaj te dni przed legen­dar­nym „ponie­dział­kiem”, kie­dy mamy zacząć owe pla­ny reali­zo­wać: prze­cho­dzi­my na die­tę, zaczy­na­my się ruszać, jeste­śmy bar­dziej aser­tyw­ni itd. itp. Wie­cie o co cho­dzi.

Wła­ści­wie w każ­dej tego typu histo­rii mamy do czy­nie­nia z mniej lub bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym JEB. Prę­dzej, czy póź­niej coś pie­prz­nie i chy­ba wszy­scy o tym wie­my. A jed­nak, mimo że jest to cał­ko­wi­cie nor­mal­ne i nie tyl­ko może­my, ale nawet powin­ni­śmy się tego spo­dzie­wać, więk­szo­ść z nas wyda­je się zasko­czo­na i sta­je naprze­ciw swo­jej prze­szko­dy spa­ra­li­żo­wa­na i mówi: O MATKO, KRYZYS, CO ROBIĆ?!

Po pierw­sze, wiem, że to może zabrzmieć jak here­zja, ale uwa­żam, że kry­zys to nic szcze­gól­ne­go. Bądź­cie teraz przez chwi­le szcze­rzy sami z sobą i odpo­wiedz­cie na pyta­nie: czy napraw­dę, ale tak na serio, spo­dzie­wa­li­ście się, że osią­gnię­cie swój ambit­ny cel nie napo­ty­ka­jąc po dro­dze żad­ny­ch prze­szkód? A jeśli tak – co pozwo­li­ło Wam tak myśleć?

Mam wra­że­nie, że to tro­chę znak naszy­ch cza­sów — ludzie dzie­lą się publicz­nie głów­nie suk­ce­sa­mi (no raczej, w koń­cu jak tu chwa­lić się poraż­ką), wiec więk­szo­ść z nas ma wra­że­nie, że innym uda­je się wszyst­ko. Że mają lepiej, łatwiej, są lep­si. To spra­wia, że jak tyl­ko coś nie pój­dzie tak, jak byśmy chcie­li, zaczy­na się festi­wal samo­bi­czo­wa­nia: „Jestem zbyt sła­ba”, „Mam za sła­bą wolę”, „Nie umiem”, „Nie dam rady”, „To nie dla mnie”.

Sama jakoś w oko­li­ca­ch paź­dzier­ni­ka donio­słam Wam, że prze­ży­wam kry­zys. Nie mogłam bie­gać, ani robić więk­szo­ści ćwi­czeń na siłow­ni, roz­sy­pał się cały mój plan dnia, tygo­dnia, plan na kolej­ne mie­sią­ce, a waga zaczę­ła rosnąć. Wte­dy wyda­wa­ło mi się, że to wła­śnie ten sła­wet­ny kry­zys i cze­ka­łam już na lep­sze cza­sy, któ­re mia­ły nadej­ść dość szyb­ko. Nie nad­cho­dzi­ły, a zamia­st tego na moją gło­wę spa­da­ły kolej­ne gro­my. Sfor­mu­ło­wa­nie „wyda­wa­ło mi się” jest tu więc bar­dzo na miej­scu, bo naj­gor­sze było dopie­ro przede mną.

Sta­ra­łam się usil­nie w tym cza­sie wal­czyć, pła­ka­łam widząc, że mi to nie wycho­dzi, ktoś pod jed­nym z moich tek­stów napi­sał, że ocze­ku­je moty­wa­cji, a tu taki dół, a prze­cież i tak oszczę­dza­łam Wam publicz­nie szcze­gó­łów – bo tu u mnie, na co dzień, było znacz­nie gorzej. Pró­bo­wa­łam sobie z tym radzić, nie­ste­ty bez spek­ta­ku­lar­ny­ch suk­ce­sów, a — naj­ogól­niej mówiąc — sfe­ra zdro­wot­na moje­go życia nie była jedy­ną, w któ­rej dosta­wa­łam w tym cza­sie po dupie.

Wspo­mi­nam cza­sem taką roz­mo­wę z moim bra­tem — opo­wia­dał mi o kole­dze śpie­wa­ją­cym nie­co pesy­mi­stycz­ne pio­sen­ki w meta­lo­wym zespo­le. Mówił z sym­pa­tią i sza­cun­kiem o jego hob­by, ale po chwi­li prze­rwy i zasta­no­wie­nia dodał: „ale nie wiem po co się tak doło­wać, no prze­cież to bez sen­su”. Uśmie­cham się do dziś na to wspo­mnie­nie, bo mój brat jest ucie­le­śnie­niem tego, o czym mówił Jack Spar­row, czy­li „pro­blem to nie pro­blem – pro­blem to two­je podej­ście do pro­ble­mu”. Niko­go nie oce­niał, nie mądrzył się, po pro­stu napraw­dę nie wie­dział, po co, no po co psuć sobie same­mu humor?

Jeste­śmy pod tym wzglę­dem róż­ni – kie­dy ja się stre­su­ję i roz­my­ślam o kry­zy­sa­ch, on ma w sobie nie­usta­ją­ce zen. To skła­nia mnie cza­sem do reflek­sji — czy w życiu jest tak, że nie­któ­rzy „po pro­stu mają szczę­ście” i w związ­ku z tym mogą być spo­koj­niej­si i jest im jakoś lżej? Czy też jed­nak raczej jest dokład­nie odwrot­nie: wszyst­ko zaczy­na się od nas, robię swo­je, przyj­mu­ję, że to co zda­rza mi się codzien­nie, nie­za­leż­nie od tego, czy jest dobre, czy złe i jadę dalej, dla­te­go jest mi łatwiej? Skła­niam się ku tej dru­giej opcji, bo ona zakła­da, że nie jeste­śmy w życiu bez­rad­ni.

Dużo o tym myśla­łam w trak­cie moich czar­ny­ch mie­się­cy i dziś uwa­żam, że pierw­szym warun­kiem pora­dze­nia sobie z wybo­ja­mi na dro­dze jest uświa­do­mie­nie sobie, że życie to dro­ga i zaak­cep­to­wa­nie tego. Jakieś 10-15lat temu myśla­łam ina­czej. Wymy­śli­łam sobie życio­wą sytu­ację ide­al­ną, do któ­rej zawzię­cie dąży­łam – uza­leż­ni­łam ją od zarob­ków, sytu­acji rodzin­nej itd. Mia­łam swo­istą „chec­kli­stę”, któ­ra mia­ła dopro­wa­dzić mnie do tej kra­iny wiecz­nej szczę­śli­wo­ści. Nie zwra­ca­łam uwa­gi na to, co jest teraz, dziś, bo dziś było mi potrzeb­ne tyl­ko po to, żeby dotrzeć do punk­tu, któ­ry sobie zało­ży­łam. Zapo­mnia­łam o jed­nym – o tym, żeby w tym cza­sie ŻYĆ.

I kie­dy jakiś czas temu w fazie eufo­rii powie­dzia­łam tera­peu­cie, że czu­ję się, jak­by nic złe­go nie mogło mnie spo­tkać, uśmiech­nął się deli­kat­nie i odparł: Nie do koń­ca, Aniu. Może. Tyl­ko Ty już ina­czej to odbie­rze­sz, ina­czej do tego podej­dzie­sz. I sobie z tym pora­dzi­sz.

Szu­ka­łam więc moż­li­wo­ści, roz­wią­zań, na prze­mian zra­ża­jąc i nie zra­ża­jąc się poraż­ka­mi. Mia­łam momen­ty zała­ma­nia, kie­dy kolej­ne spodnie robi­ły się za cia­sne, a moje pla­ny spor­to­we zni­ka­ły za hory­zon­tem, kie­dy wra­ca­łam po połu­dniu do domu i pła­ka­łam, bo znów sta­ło się coś przy­kre­go i czu­łam się wobec tego zupeł­nie bez­sil­na, a leka­rze sta­wia­li coraz mniej weso­łe dia­gno­zy. Sta­ra­łam się sie­bie nie oce­niać, nie przej­mo­wać się, tyl­ko nadal dzia­łać – w mia­rę dostęp­ny­ch mi na ten moment środ­ków i moż­li­wo­ści. A kie­dy nie mia­łam siły, nie robi­łam nic. Tak, napraw­dę. Sie­dzia­łam i nie robi­łam nic. Odpo­czy­wa­łam. Lub pozwa­la­łam sobie pła­kać.

Któ­re­goś dnia poczu­łam się lepiej. Poczu­łam to zna­jo­me uczu­cie, kie­dy w środ­ku rodzi się moc. Nie wiem jak to ina­czej opi­sać. Czu­łam, że wycho­dzę na powierzch­nię.

___

Co zro­bi­sz, kie­dy zakrę­ci Ci się w gło­wie po kolej­nym cio­sie, a w ocza­ch poja­wią się gwiazd­ki? Trud­no będzie wstać, trud­no utrzy­mać się na noga­ch, trud­no zła­pać krok. Chwi­lę potrwa, nim znów poczu­je­sz się sil­ny. Nie trze­ba się tego bać.

Każ­dy może mieć plan, to umie­ją wszy­scy. I „wszy­scy go mają, dopó­ki nie dosta­ną pię­ścią w mor­dę”. Cho­dzi o to co zro­bi­sz leżąc na deska­ch. Czy znów zde­cy­du­je­sz się wstać?
* cytat: Mike Tyson
** źró­dło zdję­cia: http://www.telegraph.co.uk/sport/picturegalleries/5393243/Mike-Tyson-in-pictures-his-life-in-and-out-of-the-ring.html?image=19