Kie­dy szu­ka­my cze­goś, cze­go nie ma w zasię­gu wzro­ku, moja mała bra­ta­ni­ca pod­no­si rącz­ki w geście bez­rad­no­ści, robi rów­nie bez­rad­ną minę i oznaj­mia: NIE MA. Nie pła­cze, nie histe­ry­zu­je, z pew­nym roz­cza­ro­wa­niem stwier­dza fakt. No nie ma.

Kie­dy byłam na począt­ku swo­ich zmian, a na dro­dze poja­wia­ła się prze­szko­da, zacho­wy­wa­łam się zgo­ła ina­czej. Pierw­sze pro­ble­my z kola­na­mi, któ­re zresz­tą oka­za­ły się zwy­kłym prze­cią­że­niem powo­do­wa­ły u mnie total­ne wku­rze­nie. Za wku­rze­niem stał strach, że będę musia­ła prze­stać, że moja pra­ca pój­dzie na mar­ne, że będę zaczy­nać od począt­ku. Ogrom złych emo­cji, któ­re odbie­ra­ły mi radość ze zmie­nia­nia i radość z bycia w dro­dze.

Kil­ka mie­się­cy póź­niej, jakiś mie­siąc przed moim debiu­tem w pół­ma­ra­to­nie, kola­no zabo­la­ło znów. Byłam prze­ra­żo­na, pół roku przy­go­to­wań, wiel­kie marze­nie z jed­nej stro­ny, a z dru­giej ból i opu­chli­zna. Jadąc na USG mia­łam żołą­dek w gar­dle z ner­wów, a kie­dy lekar­ka powie­dzia­ła, że nie widzi tam nic nie­po­ko­ją­ce­go, wybu­chłam pła­czem. Czu­łam się zobo­wią­za­na wyja­śnić jej, że nie jestem nie­speł­na rozu­mu, tyl­ko od jej słów zale­ża­ło tak wie­le…

Ta doba, któ­rą cze­ka­łam na bada­nie USG, była strasz­na. Pła­ka­łam, a moja przy­ja­ciół­ka i cudow­na kibic­ka pła­ka­ła ze mną, mówiąc: Ja też się boję. Boję się, że zawró­cisz, boję się co będzie z Two­ją zmia­ną.

Wte­dy dotar­ło do mnie – że będzie ciąg dal­szy nie­za­leż­nie od wszyst­kie­go. To jej chwi­lo­we zwąt­pie­nie wywo­ła­ło u mnie natych­mia­sto­wy sprze­ciw: Nie ma stra­chu, będę zmie­niać, będę szu­kać dróg i moż­li­wo­ści. Jeśli nawet oka­że się, że nie mogę chwi­lo­wo bie­gać, będę ćwi­czyć na siłow­ni, aż moje mię­śnie będą tak moc­ne, że pozwo­lą mi bie­gać. Kie­dy prze­sta­łam się bać, wku­rzać, a zaczę­łam wyko­ny­wać ćwi­cze­nia, któ­re wska­zał mi tre­ner – wszyst­ko odpu­ści­ło. Uspo­ko­iłam się, a moje cia­ło prze­sta­ło sta­wiać opór.

Jestem teraz w trak­cie przy­go­to­wań do mara­to­nu. Mie­siąc temu wylą­do­wa­łam na tydzień w szpi­ta­lu, co ewi­dent­nie osła­bi­ło mój orga­nizm i zła­pa­łam naj­pierw prze­zię­bie­nie, a teraz angi­nę — więc leżę w domu z anty­bio­ty­kiem. Tak, wła­śnie teraz, w momen­cie, kie­dy potrze­bu­ję siły, kie­dy tre­nin­gi przy­bie­ra­ją na inten­syw­no­ści, a ja nie dener­wu­ję się nimi, nie zasta­na­wiam się czy dam radę, tyl­ko wycho­dzę, bie­gnę i cie­szę się tym jak opę­ta­na.

Ostat­nio szło mi napraw­dę dobrze, a postę­py były widocz­ne. Nie mogłam docze­kać się nie­dziel­ne­go pół­ma­ra­to­nu – miał być spraw­dzia­nem przed mara­to­nem i pokła­da­łam w nim spo­re nadzie­je. Po ostat­nim tre­nin­gu wie­dzia­łam, że jestem w sta­nie pobiec lepiej, niż w debiu­cie, o kil­ka­dzie­siąt sekund na km lepiej. Ape­tyt rósł. I bum. NIE MA, jak mówi moja bra­ta­ni­ca, anty­bio­tyk. Skoń­czę go brać dzień przed pół­ma­ra­to­nem, jestem osła­bio­na, więc bieg nie ma żad­ne­go sen­su, tre­ner zabro­nił, koniec, krop­ka.

Poczu­łam kłu­cie w środ­ku, złość, zawód, że nowy wynik był w moim zasię­gu, a chwi­lę potem przy­po­mnia­łam sobie Jagnę roz­kła­da­ją­cą rącz­ki: NIE MA, po pro­stu, nie ma. No nie ma. Tym razem zało­żę koszul­kę, któ­rą odbio­rę w pakie­cie star­to­wym i będę kibi­co­wać moim przy­ja­cio­łom. Przede mną tysiąc innych pół­ma­ra­to­nów. A to po pro­stu jest życie. Mały, mały frag­ment.

Mam w sobie spo­kój, bo wiem, że z tej dro­gi nie ma odwro­tu. Pra­ca, któ­rą wyko­na­łam nie zmar­nu­je się. Nie muszę się już bać, że zawró­cę i po tygo­dniu znów wylą­du­ję na kana­pie, cze­go tak bar­dzo bałam się na począt­ku. OK. Może będzie trud­niej. Na pew­no. Może na mara­to­nie pobie­gnę tro­chę wol­niej. Może w cią­gu tego tygo­dnia przy­bę­dzie mi kilo­gram. Wszyst­ko jed­no. Wie­rzę, że przede mną nie­je­den pół/maraton i  nie­je­den stra­co­ny kilo­gram

Kto mnie zna, ten wie, że nie będę się szcze­gól­nie ze sobą cac­kać. Nie będę histe­ry­zo­wać, ani opo­wia­dać, jak pięk­nie mogło­by być, gdy­by nie te przy­stan­ki i jak strasz­nie fru­stru­je mnie to, że poja­wi­ły się na dro­dze. Bo to nie­praw­da. Bo myślę, że to było­by sła­be i nie­doj­rza­łe. Iry­tu­ją­ce.

Roz­kła­dam ręce, może tro­chę bez­rad­nie, NIE MA, uśmie­cham się i pra­cu­ję dalej.

Nawet dzie­sięć kro­ków do tyłu nic nie zna­czy, jeśli teraz zro­bię kolej­nych sto przed sie­bie.