Kie­dy w domu zro­bi­ło się pusto i nie mogłam już całej swo­jej uwa­gi, ener­gii i miło­ści poświę­cić na opie­kę nad moim cho­rym przy­ja­cie­lem, a kon­tu­zja wyłą­czy­ła mnie z tre­nin­gów, nagle znów poczu­łam to zna­jo­me ssa­nie w żołąd­ku i chcia­ło mi się jeść, choć nie chcia­ło mi się jeść. Nie mogłam opę­dzić się od myśli o jedze­niu, skrę­ca­ła mnie z jed­nej stro­ny wście­kło­ść, że znów to czu­ję, z dru­giej bez­rad­no­ść, bo nic mi nie poma­ga­ło.

Wyszłam z puste­go domu i zro­bi­łam wiel­kie zaku­py, wrzu­ca­jąc do koszy­ka co popad­nie, im bar­dziej nie­zdro­we, tym lep­sze, im mniej na co dzień to lubię, tym więk­szą mia­łam na to ocho­tę. To na deser. Na goto­wa­nie nie mia­łam siły, zamó­wi­łam wiel­ką piz­zę z jaki­miś kosmicz­ny­mi dodat­ka­mi i roz­sta­wi­łam to wszyst­ko w kuch­ni. Jest nie­wiel­ka, nie­mniej zaję­cie całe­go bla­tu to też jakieś wyzwa­nie. Mnie się uda­ło.

I zaczę­łam pła­kać. Całą sobą. Tak total­nie.

Tak bar­dzo byłam dotąd dum­na z tego, ile potra­fię znie­ść nie pła­cząc. Tak się cie­szy­łam, że kie­dy inni pła­czą z bólu na kozet­ce u fizjo­te­ra­peu­ty, ja potra­fię zatrzy­mać go w sobie, choć mam ocho­tę wrzesz­czeć. Tak dosko­na­le nauczy­łam się, że nie powin­nam być zła, ani smut­na, że taki­ch nie lubią i tak się nie powin­no. Tak bar­dzo musia­ło zabo­leć, żebym odpu­ści­ła i zgo­dzi­ła się na to, że czu­ję roz­pa­cz i nic wię­cej. I żebym zawi­sła na ramie­niu bra­ta, czy kole­gi i dała się przy­tu­lić, po pro­stu pła­cząc. A w tych łza­ch były nie tyl­ko ostat­nie dni. Było wszyst­ko, cze­mu wcze­śniej nie dałam się w ten spo­sób zma­te­ria­li­zo­wać i zamio­tłam pod dywan licząc, że nie wró­ci.

Oto kie­dy w jed­nym momen­cie zabra­kło więk­szo­ści tego, co wypeł­nia­ło moje życie, zosta­łam sama ze sobą i oka­za­ło się, że się boję. Że nie wiem co robić dalej i czu­ję się zagu­bio­na. I że chcę jeść. Jeść. A wła­ści­wie to chcę poczuć się dobrze, a doświad­cze­nie mówi, że tak szyb­ko może zadzia­łać tyl­ko jedze­nie.

Przy­po­mnia­łam sobie jak w tran­sie wrzu­cam w sie­bie to wszyst­ko, co mam. Aż zacznie boleć mnie brzu­ch, aż znów zadam sobie ból. Ból to jest coś co znam. Niby go nie lubię, ale umiem zno­sić, wiem jak się z nim obcho­dzić, w sumie czu­ję się z nim kom­for­to­wo. Sta­ry zna­jo­my. Cze­mu więc nie kop­nąć leżą­ce­go w zamian za tę chwi­lę spo­ko­ju, któ­ry da mi kawa­łek cia­sta, a potem tablet­ka na ból brzu­cha i sen? Rano znów obu­dzę się na „kacu”. Znam to.

Jedze­nie jest jak koł­dra, w któ­rą moż­na się zawi­nąć, gdy jest źle.
Kie­dy świat jakoś nie sprzy­ja. Ludzie dale­ko i nie­do­brzy.
Przez chwi­lę jest faj­nie i cie­pło. Przez chwi­lę jest bez­piecz­nie.
Przez tę chwi­lę nie czu­je­my tego, cze­go się boimy. Odwra­ca­my od tego uwa­gę, kie­ru­jąc ją gdzie indziej. Boli brzu­ch. Kto wte­dy myśli o tym, że boli dusza?

Nie wiem jak dłu­go pła­ka­łam.
Total­nie wyczer­pa­na pode­szłam do bla­tu w kuch­ni. Spoj­rza­łam na to wszyst­ko, co kil­ka godzin wcze­śniej tam zgro­ma­dzi­łam i na co wyda­łam tyle, ile zwy­kle kosz­tu­ją mnie zaku­py na cały tydzień, a pod nosem rzu­ci­łam sama do sie­bie…

…„ja pier­do­lę”.

Poszłam spać i spoj­rza­łam na to jesz­cze raz rano. Przy­po­mi­na­ło kuch­nię dzień po impre­zie. Ja wyglą­da­łam i czu­łam się jak na kacu, choć ani nie jadłam, ani nie piłam. Spa­ko­wa­łam to wszyst­ko do wor­ka na śmie­ci i wynio­słam.

Nie, nie wygra­łam sama ze sobą, to tak nie dzia­ła. Nie moż­na całe życie grać w wygra­ne i prze­gra­ne, nie chcę już star­to­wać w tej kon­ku­ren­cji. Cho­dzi o to, aby mieć odwa­gę sta­nąć twa­rzą w twa­rz z rze­czy­wi­sto­ścią i nie szu­kać znie­czu­le­nia. Ból jest tro­chę jak ude­rzo­ny dzwon – musi się wybrzmieć. Ból musi się wybo­leć. A ja z tym cza­sem mogę zro­bić cokol­wiek chcę. On i tak upły­nie.