Od daw­na wie­rzę, że war­to­ść rze­czom i wyda­rze­niom nada­je­my my. Kie­dy zaczy­na­łam pra­cę i zaj­mo­wa­łam się m.in. pako­wa­niem teczek na kon­fe­ren­cję, co teo­re­tycz­nie nie było zaję­ciem wyma­ga­ją­cym szcze­gól­nej elo­kwen­cji, pomy­śla­łam, że nawet to moż­na zro­bić z ser­cem i z sen­sem. Tak, aby mate­ria­ły uło­żo­ne były w spo­sób wygod­ny dla odbior­cy. Aby łatwo było do nich dotrzeć i z nich sko­rzy­stać. Itd. itp. To samo kil­ka lat póź­niej prze­ka­zy­wa­łam kolej­nej asy­stent­ce. Że od niej zale­ży, czy o swo­jej pra­cy pomy­śli, że to głu­po­ty i mogła­by mieć lepiej, czy też sama nada swo­jej pra­cy sens.

To bez sen­su, bez­ce­lo­we, prze­czy­ta­łam o nie­moż­li­wym, któ­re­go doko­na­ło kil­ka osób w Hima­la­ja­ch. Byłam tam, pozna­łam tych ludzi, widzia­łam ile pra­cy i ser­ca wło­ży­li w speł­nie­nie swo­je­go „bez­ce­lo­we­go” marze­nia i myślę: cze­mu tak bar­dzo musi­my war­to­ścio­wać to, co robią inni?

Nie uwa­żam, że każ­dy z nas może i powi­nien bie­gać 333km w cią­gu trzech dni. Mało tego, mając szan­se obser­wo­wać czte­rech bie­ga­czy zmie­rza­ją­cy­ch się z tym dystan­sem, sama pomy­śla­łam, że to gwałt na wła­snym orga­ni­zmie. Że choć sama marzę o bie­ga­niu ultra, to to jest za wie­le, że cia­ło musi cier­pieć i to nie jest etap, do któ­re­go chcia­ła­bym posu­nąć wła­sne moż­li­wo­ści. Na tym zakoń­czy­łam. Po pro­stu, to nie jest moje marze­nie.

Ale jest czy­jeś i ja to sza­nu­ję.

Napraw­dę nie rozu­miem, jak moż­na nie zna­jąc ludzi i ich moty­wa­cji, oce­niać ich marze­nia jako bez­ce­lo­we. Co to w ogó­le jest celo­wo­ść? Czy wszyst­ko co robi­my musi mieć sens w wymia­rze glo­bal­nym i dla każ­de­go? Co w takim razie jest celo­we? Mara­ton jesz­cze tak, czy już nie? Wyjazd na waka­cje All Inc­lu­si­ve ma sens, czy nie ma? Zdo­by­wa­nie ośmio­ty­sięcz­ni­ków zimą? Nur­ko­wa­nie na dużej głę­bo­ko­ści? Jakie są kry­te­ria ogól­ne, według któ­ry­ch powin­no się oce­niać ludz­kie moty­wa­cje i stwier­dzać, czy to, co ktoś robi ma sens, czy może nie? I czy w ogó­le mamy takie pra­wo? A nawet jeśli, to po co?

Bo ludzie się póź­niej zarzy­na­ją na tre­nin­ga­ch”. Już była­bym skłon­na pomy­śleć, że mówi­my o mały­ch dzie­cia­ch, a nie doro­sły­ch ludzia­ch, a tu nie­spo­dzian­ka, śred­nia wie­ku osób, któ­re ukoń­czy­ły wspo­mnia­ny bieg wyno­si 51lat. To nie są gów­nia­rze, któ­rym ktoś może mówić co mają robić ze swo­im życiem i cia­łem.

Tak, znam inte­li­gent­ny­ch ludzi, któ­rzy w spo­rcie robi­li głu­po­ty. Choć nie rusza­li się od lat, nagle wycho­dzi­li „pobie­gać” i jakoś tak wycho­dzi­ło 10km i pro­ble­my z prze­cią­że­nia­mi. Taki­ch, któ­rzy nie sły­sze­li o roz­grzew­ce, czy roz­cią­ga­niu. Ale to nie wina mody i pro­mo­cji. To wina bra­ku myśle­nia, na któ­ry nie pomo­gą zaka­zy i brak bie­gów na 333, 500, czy milion kilo­me­trów. Jeste­śmy doro­śli, sami podej­mu­je­my decy­zje. Za głu­po­tę się pła­ci. Nie tyl­ko w spo­rcie.

Codzien­nie w inter­ne­cie, pra­sie, tele­wi­zji ata­ku­ją nas tysią­ce nie­zdro­wy­ch prze­ka­zów. Zabro­ni­my ich wszyst­ki­ch? Jako oso­ba, któ­ra wycho­dzi­ła z oty­ło­ści cier­pię, kie­dy widzę rekla­my sło­dzo­ny­ch ser­ków dla dzie­ci, kie­dy widzę małe dziec­ko opy­cha­ją­ce się cze­ko­la­do­wy­mi płat­ka­mi na mle­ku, cier­pię, kie­dy widzę oty­łe dziec­ko, któ­re dosta­je kolej­ne­go pącz­ka, czy inne sło­dzo­ne cudo. Tak, to moja trau­ma, bo wiem, co te dzie­ci cze­ka. One nie podej­mu­ją decy­zji samo­dziel­nie. Mimo to nie zaka­zu­je­my im jeść fry­tek i pysz­ne­go, słod­kie­go jogur­ci­ku, pole­ga­my na zdro­wym roz­sąd­ku doro­sły­ch. O tak. TO JEST pro­blem, bo z powo­du tej bez­myśl­no­ści będą cier­pieć inni.

Ale 40-, czy 50-let­ni facet bie­gną­cy 333km, bo tak sobie wyma­rzył? Lito­ści. Na doda­tek w bie­gu, w któ­rym star­tu­je 18 szcze­gó­ło­wo wyse­lek­cjo­no­wa­ny­ch osób.

Sama spo­tka­łam się z podob­nym oce­nia­niem, kie­dy zaczę­łam tre­no­wać. Za cza­sów kie­dy waży­łam 120kg cho­ro­wa­łam bar­dzo czę­sto, ale nie zwra­ca­ło to niczy­jej uwa­gi. Po 1.5 roku tre­nin­gów zacho­ro­wa­łam po raz pierw­szy (lato + kli­ma, nic szcze­gól­ne­go) i natych­mia­st wśród zna­jo­my­ch w pra­cy pod­nio­sło się larum, że to szko­dli­we tre­nin­gi, że za dużo, że to wszyst­ko od bie­ga­nia. Nie­któ­rzy patrzy­li TYM wzro­kiem, któ­ry mówił: JA WIEM. To śmiesz­ne.

Pisa­łam wie­le razy, że bar­dzo cenię sobie wol­no­ść podej­mo­wa­nia wła­sny­ch decy­zji według wła­sny­ch kry­te­riów. Jeśli potrze­bu­ję zasię­gnąć opi­nii na jakiś temat, mam gro­no osób, do któ­ry­ch mogę się z tym zwró­cić – myślę, że więk­szo­ść z nas takie ma. Rozu­miem, że ktoś może uznać daną aktyw­no­ść za nie­zdro­wą, ale bun­tu­ję się na całej linii prze­ciw­ko jej war­to­ścio­wa­niu.

Nie mamy pra­wa mówić ludziom, co w ich życiu ma war­to­ść i cel, a co nie.
To jest pry­wat­na spra­wa każ­de­go z nas.