Eki­den to z japoń­skie­go dłu­go­dy­stan­so­wy bieg szta­fe­to­wy. Jak piszą orga­ni­za­to­rzy szta­fe­ty mara­toń­skiej XLPL Eki­den w Pozna­niu u sie­bie na stro­nie: To wła­śnie w Kra­ju Kwit­ną­cej Wiśni wykształ­ci­ły się naj­więk­sze tra­dy­cje tego typu bie­gów, a udział w nie­któ­rych szta­fe­tach jest pre­sti­żem, o któ­rym marzy wie­lu Japoń­czy­ków. Wie­lu z nich prze­peł­nia duma i honor, gdy mogą wła­snym wysił­kiem przy­czy­nić się do suk­ce­su zespo­łu, fir­my lub danej dru­ży­ny. I tak było ze mną i bie­giem w dru­ży­nie Fun­da­cji Dar­ka Stry­chal­skie­go, w któ­rej jestem wolon­ta­riusz­ką, w zeszłą nie­dzie­lę.

Czas nie był dla mnie naj­lep­szy, a dni łaska­we. Mój przy­ja­ciel cho­ro­wał, a ja chcia­łam być przy nim. W cią­gu tygo­dnia przed star­tem prak­tycz­nie nie spa­łam, stres się­gał zeni­tu, zmę­cze­nie i smu­tek dawa­ły się we zna­ki. Gdy­bym mia­ła biec sama, z całą pew­no­ścią bym zre­zy­gno­wa­ła. Ale byłam jed­ną z sze­ściu osób, któ­re mają pobiec w bar­wach Fun­da­cji Zwy­cięz­ca, jed­nym puz­zlem z ukła­dan­ki i, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie, nie chcia­łam zawieść.

I poje­cha­łam.

Choć wcze­śniej bar­dzo cie­szy­łam się na ten start, to w koń­cu dopa­dły mnie oba­wy. Znów bie­głam w dru­ży­nie z ludź­mi nie­po­rów­ny­wal­nie lep­szy­mi ode mnie i choć od paź­dzier­ni­ka tre­nu­ję wytrwa­le, to –rzecz jasna – nadal ich wyni­ki są dla mnie poza zasię­giem. Do tego kosz­mar­ne zmę­cze­nie, brak snu, stres i 30-stop­nio­wy upał. Nie ma się co oszu­ki­wać — nie wró­ży­łam sobie wiel­kie­go bie­go­we­go suk­ce­su tego dnia.

Stres nara­stał, bo star­to­wa­łam jako pią­ta z sze­ścio­oso­bo­wej eki­py. Upał też doskwie­rał coraz bar­dziej, powo­li zbli­ża­ła się moja kolej i o 12:25 wystar­to­wa­łam.

ekiden

Wystar­to­wa­łam i zapo­mnia­łam o wszyst­kim, z czym tam przy­je­cha­łam.

Bie­głam.
Było nie­zno­śnie gorą­co, a ja bie­głam. Nie myśla­łam o niczym, sły­sza­łam tyl­ko swój oddech i ude­rze­nia stóp o zie­mię. Pra­wa, lewa, pra­wa, lewa i tak na zmia­nę. W pew­nym momen­cie się zdzi­wi­łam – dotąd takie krót­kie bie­gi były dla mnie naj­gor­sze, bo szyb­sze – spa­la­łam się na począt­ku, bie­głam za szyb­ko, potem led­wo dobie­ga­łam. Tu było ina­czej.

Więc bie­głam, cały czas mając kon­tro­lę nad odde­chem, noga­mi. W pew­nym momen­cie tro­chę zakrę­ci­ło mi się w gło­wie od upa­łu i musia­łam na chwi­lę zwol­nić. Obok mnie jezio­ro mal­tań­skie – o rany, jaka poku­sa, żeby to rzu­cić i pójść do wody, ale prze­cież tam cze­ka DRUŻYNA. No wła­śnie. Za mną biegł już tyl­ko Darek, więc w gło­wie zaświ­ta­ła mi myśl, że nie wypa­da wpaść tam na ostat­nich nogach i led­wo dobiec, żeby prze­ka­zać mu pałecz­kę. Uzna­łam, że ma być tak, jak uczył tre­ner. Kon­tro­lo­wać tem­po w cza­sie bie­gu, a na koniec przy­spie­szyć.

I znów. Zazwy­czaj na kil­ka­set metrów przed metą też spa­lam się psy­chicz­nie. Bo już tak bli­sko, trze­ba przy­spie­szyć, a nogi palą. Nie tym razem. Na ostat­nich metrach na mojej twa­rzy uśmiech wystę­po­wał wymien­nie z gry­ma­sem tru­du, ale zro­bi­łam to dokład­nie tak, jak chcia­łam. Nie­co wol­niej, niż w ogó­le jestem w sta­nie pobiec, ale dałam z sie­bie tyle, ile tego dnia mia­łam.

I pobiegł Darek, a ja usły­sza­łam od mojej Dru­ży­ny, że było super. Po chwi­li wszy­scy uda­li­śmy się w kie­run­ku mety, któ­rą pla­no­wa­li­śmy prze­kro­czyć całą Dru­ży­ną razem z Asią – dziew­czy­ną, na któ­rej ope­ra­cję Darek zbie­rał fun­du­sze w trak­cie ponad 500km stycz­nio­we­go bie­gu. Asią, któ­ra chce bie­gać i będzie bie­gać dzię­ki swo­je­mu upo­ro­wi i wytrwa­ło­ści, dzię­ki leka­rzom, ale tak­że wła­śnie dzię­ki Dar­ko­wi i Fun­da­cji.

5

100m przed metą połą­czy­li­śmy nasze siły: z przo­du Asia i Darek, za nimi my: Mag­da, Doro­ta, Miko­łaj, Adrian i ja. Truch­ta­li­śmy, bijąc im bra­wo. Dwoj­gu ludzi, któ­rych połą­czy­ły napo­tka­ne na dro­dze trud­no­ści. Dar­ko­wi, któ­ry już je poko­nał i Asi, któ­rą wspie­ra będąc obok.

8

Czas jak­by na chwi­lę zwol­nił. Obser­wo­wa­łam nas, kie­dy prze­kra­cza­my metę i wzru­szy­łam się. Zmę­cze­nie i smu­tek gdzieś ule­cia­ły. Wzię­łam kil­ka odde­chów i pomy­śla­łam tak jakoś pro­sto, że trze­ba robić rze­czy pięk­ne, bo to wła­śnie one nada­ją życiu sens.

To, że zachwy­ci­łam się histo­rią Dar­ka i napi­sa­łam do nie­go rok temu. To, że byłam tam z całą moją Dru­ży­ną. Że Asia była na mecie razem z nami. I że ukła­da­li­śmy w całość puz­zle z naszych meda­li. Tak. To było defi­ni­tyw­nie jed­ną z nich.

medale

6

team