Nie do wia­ry, że znów mi się to zda­rza. Budzę się rano z cięż­kim ser­cem, nadal nie wiem co robić, ale auto­ma­tycz­nie zakła­dam swo­je ulu­bio­ne ciu­chy do bie­ga­nia, skar­pet­ki, na koniec buty. Do ple­ca­ka paku­ję ubra­nia na zmia­nę i wycho­dzę. Dziw­nie się czu­ję, goto­wa, ubra­na, z nume­rem star­to­wym przy­cze­pio­nym z przo­du, ale jed­nak nie­go­to­wa, po mie­sią­cu przy­mu­so­wej prze­rwy, nie tak, jak chcia­łam, nie po moje­mu. Zno­wu.

Idąc w kie­run­ku depo­zy­tów spo­ty­kam dwó­ch star­szy­ch męż­czy­zn. Jeden ma w ręku kulę, a na ple­ca­ku napis: Bey­ond the limit, you are the best. Uśmie­cham się sama do sie­bie, zasta­na­wia­jąc się, czy to praw­da, gdzie ten limit, co jest za nim, gdzie jest miej­sce, w któ­rym powin­no się powie­dzieć stop i myślę, że ten Pan idzie komuś kibi­co­wać. Kil­ka­na­ście minut póź­niej spo­ty­kam go już w peł­nym bie­go­wym rynsz­tun­ku, pod­czas przed­bie­go­wej roz­grzew­ki. Ma moc.

Kil­ka kro­ków dalej i wpa­dam na czło­wie­ka na wóz­ku, któ­ry aku­rat zna­la­zł na zie­mi 1-gro­szów­kę, chu­cha i uśmie­cha się do mnie. On rów­nież ma już numer star­to­wy i jest goto­wy do swo­je­go bie­gu. Przed nim 21 097 metrów. Idę na start.

Usta­wiam się na samym koń­cu, aby nie prze­szka­dzać niko­mu szyb­sze­mu. Tro­chę boli — cała prze­pra­co­wa­na uczci­wie zima, tre­nin­gi o świ­cie i wie­czo­rem, przy minus 18 stop­nia­ch, w śnie­gu, pia­chu, bło­cie, w total­nej chla­pie, w desz­czu, nie­za­leż­nie od warun­ków. Nogi grzę­zną­ce w śnie­gu, czy lodzie wymie­sza­nym z solą, zaci­śnię­te zęby i kolej­ne uda­ne bie­gi. Uczu­cie zmę­cze­nia połą­czo­ne­go z nie­wy­obra­żal­ną dumą i szczę­ściem, speł­nie­niem i ocze­ki­wa­niem na spraw­dzian pod­czas pół­ma­ra­to­nu i mój dru­gi, wyma­rzo­ny, mara­ton.

Nie będzie spraw­dzia­nu. Nie będzie mara­to­nu. Wszyst­ko na co mnie tego dnia stać i wszyst­ko, co mi wol­no, to przed­rep­tać ten dystans, żeby tam być, żeby poczuć emo­cje. Tyle mogę zro­bić nie szko­dząc sobie. OK. Cho­wam w kie­szeń ego i powo­li rusza­my.

Jesz­cze przed star­tem pod­cho­dzą do mnie dwie czy­tel­nicz­ki, a ja jak zwy­kle nie rozu­miem jak to jest, że ktoś mnie gdzieś pozna­je. Star­tu­je­my we trzy. Na 3., 5., 8 i 11km macha­ją do mnie kolej­ne oso­by, kolej­ne trzy­ma­ją kciu­ki, a ja sobie bie­gnę. Wol­no, wol­niut­ko, na spo­koj­nie. Nie mam wobec sie­bie żad­ny­ch ocze­ki­wań, zawar­łam nawet ze sobą umo­wę, że gdy­by coś było nie tak, bez żalu scho­dzę z tra­sy, ale nie ma ku temu powo­dów. Choć nie jest to dobry bieg, to powo­li truch­tam przed sie­bie, myślę o wszyst­kim i o niczym, jest mi dobrze.

Na 13-tym kilo­me­trze mijam dziew­czy­nę, któ­ra –jak sądzę- potrze­bu­je deli­kat­ne­go wspar­cia. Odwra­cam się do niej i uśmie­cham, a ona krzy­czy: Ania? Rany, cze­ka­łam na jakiś pro­mień słoń­ca i jesteś! W środ­ku wszyst­ko mi się zaśmia­ło, jak to moż­li­we, że odwra­cam się, by się uśmiech­nąć i pomóc czło­wie­ko­wi, a on mnie pozna­je i krzy­czy coś tak cudow­ne­go? Wte­dy pierw­szy raz na serio pomy­śla­łam, że war­to było spró­bo­wać.

Sie­lan­ka koń­czy się gdzieś ok. 15. Kilo­me­tra. Mój nie­co wraż­li­wy żołą­dek daje się obła­ska­wić, kie­dy regu­lar­nie tre­nu­ję i jest do ruchu przy­zwy­cza­jo­ny, ale po mie­sią­cu bez­czyn­no­ści ewi­dent­nie zaczy­na odma­wiać współ­pra­cy i robi mi się nie­do­brze. Zabaw­ne, bałam się o nogi, tym­cza­sem przy tak wol­nym tem­pie dały radę bez żad­ne­go pro­ble­mu, a nie­mi­łą nie­spo­dzian­kę zro­bił mi wła­śnie brzu­ch. Nie­ste­ty, od tego momen­tu muszę robić prze­rwy na mar­sz, żeby go uspo­ko­ić. Nawet się za bar­dzo nie bun­tu­ję, o nic tu prze­cież nie wal­czę, poza paro­ma świet­ny­mi chwi­la­mi.

Jesz­cze chwi­la i zaczy­nam zbli­żać się do mety. Bie­gnę ul. Mio­do­wą i przy­po­mi­nam sobie, jak w 2015 roku pięk­nie tu przy­spie­sza­łam przed fini­szem, mam w gło­wie jed­no z moich ulu­bio­ny­ch bie­go­wy­ch zdjęć i te emo­cje. Pamię­tam kost­kę, pamię­tam, jak bola­ły sto­py i pamię­tam, że bie­głam ide­al­nie, zgod­nie z zało­że­nia­mi. Co wypra­co­wa­łam, to dosta­łam, a tre­ner napi­sał mi póź­niej, że zro­bi­łam to po pro­fe­sor­sku. Tak bar­dzo, bar­dzo mi teraz tego bra­ko­wa­ło.

Drep­czę więc sobie, robię zdję­cie 20-go kilo­me­tra, jesz­cze kil­ka minut i koniec. Po pra­wej stro­nie stoi brat, jak zwy­kle z co naj­mniej jed­ną łzą w oku i moja kocha­na bra­ta­ni­ca. Rok temu nie­co prze­stra­szo­na, prze­kra­cza­ła metę u mnie na ręka­ch. Teraz, korzy­sta­jąc z fak­tu, że wokół nie ma niko­go, wybie­ga mi na spo­tka­nie – szczę­śli­wa, uśmiech­nię­ta, z kwia­ta­mi. Chwy­tam ją za rącz­kę i bie­gnie­my. Sła­bo mi się oddy­cha, łzy napły­wa­ją do oczu, cho­le­ra, no nie umiem nie szlo­chać nawet wte­dy, kie­dy według nie­któ­ry­ch pew­nie nie ma powo­du, bie­gnę gdzieś na koń­cu, może lepiej było zostać w domu i prze­sa­dzić kwia­ty, czy zro­bić coś na dru­ta­ch. Nie­ste­ty, nie znam się na kwia­ta­ch i nie umiem robić na dru­ta­ch. Za to, choć nie umiem, kocham bie­gać.

To jest jej fini­sz, jej pierw­sze bie­go­we 100m. Ubra­na w „kolo­ro­wą blu­zecz­kę do bie­ga­nia” i resz­tę zesta­wu, któ­re obie­ca­łam jej na 3-cie uro­dzi­ny, dziel­nie prze­mie­rza kolej­ne metry, otrzy­mu­jąc taki doping, jak gdy­by­śmy wła­śnie wygry­wa­ły tę impre­zę. Jest cudow­nie, nie czu­ję już bólu brzu­cha, tyl­ko wzru­sze­nie. Jestem w sta­nie odtwo­rzyć to sekun­da po sekun­dzie. Pro­wa­dzą­cy impre­zę Mar­cin i Kasia krzy­czą moje imię, potem nazwę blo­ga, dzię­ki cze­mu kil­ka osób ocze­ku­je na mnie za metą… Jest pięk­nie. Mimo wszyst­ko jest naj­le­piej na świe­cie.

Za metą jest Ania. Dalej Karo­li­na. Za metą zacze­pia mnie Adam, potem Michał, a potem jesz­cze Ania.

Na koniec, kie­dy już odbie­ram ple­cak z depo­zy­tu, zacze­pia mnie jed­na z czy­tel­ni­czek, pyta­jąc, czy to Ania, któ­ra zmie­nia świat. Dzię­ku­ję i kła­niam się jak zwy­kle, tro­chę zakło­po­ta­na, bar­dziej szczę­śli­wa. Naj­bar­dziej speł­nio­na, choć w obli­czu spa­ce­ro­we­go wyni­ku pew­nie trud­no to wyja­śnić.

Speł­nie­nie to ten moment, w któ­rym mogę na chwi­lę poże­gnać się z bie­ga­niem i zro­bić kil­ka kro­ków do tyłu. Wie­rzę, że to będzie roz­pęd. Nie wiem skąd mam tę wia­rę, ale chy­ba na tym pole­ga wia­ra, że po pro­stu jest. Połą­czo­na z pra­cą w koń­cu musi dać efek­ty. Jesteś pro­fe­so­rem roz­sąd­ku, napi­sał mi tre­ner po tym wszyst­kim. Uwa­ża­łam się za pro­fe­so­ra ser­ca, dla­te­go tam byłam. Teraz trze­ba będzie to połą­czyć.