Już od śro­dy mia­łam żołą­dek na wyso­ko­ści gar­dła. Stres. Czy dam radę, czy nie zawio­dę, czy moja pra­ca przy­nie­sie efek­ty, czy znów nie znaj­dę się w pie­kle pt. to nie dla mnie, jestem za sła­ba? Czy powin­nam pró­bo­wać, czy zostać tam gdzie jestem, może rzu­cam się z moty­ką na księ­życ, a może za wcze­śnie na takie eks­tra­wa­gan­cje?

Tysią­ce myśli. Jeden plan. Mój pół­ma­ra­ton, moje 21,097m. Moje –mia­łam nadzie­ję- 130minut bie­gu.

W nie­dzie­lę wsta­łam rano w fatal­nej for­mie. Pod­krą­żo­ne oczy, bolą­cy brzuch, chcia­ło mi się pła­kać. Patrzy­łam na zarys tra­sy i byłam prze­ra­żo­na. Żało­wa­łam, że komu­kol­wiek powie­dzia­łam o tym, że bie­gnę, że nie mogę już zro­bić tego w tajem­ni­cy, jak­bym pla­no­wa­ła, że prze­gram, a prze­cież w środ­ku wie­dzia­łam, że to wła­ści­wie nie­moż­li­we.

8

W życiu zawsze wie­rzy­łam w porząd­ne przy­go­to­wa­nie. Cza­sem wypro­wa­dza­ło mnie na manow­ce, bo nie do wszyst­kie­go jeste­śmy w sta­nie się przy­go­to­wać. Ale tutaj – zro­bi­łam wszyst­ko, co mogłam. W cią­gu sze­ściu mie­się­cy opu­ści­łam jeden tre­ning – kie­dy zła­pa­łam rota wiru­sa. Żaden inny, nie­za­leż­nie od pory, samo­po­czu­cia, chę­ci, bądź ich bra­ku – żaden inny nie wypadł z pla­nu. Jeśli cze­goś chcę, i ja i świat sta­je­my na gło­wie, żebym mogła to zro­bić.

Kie­dy zna­la­złam się na star­cie, powo­li zaczę­ło do mnie docie­rać co się dzie­je. Na począt­ku stres, ktoś nastą­pił mi na nogę, musia­łam zejść na bok, popra­wić skar­pet­kę, zawią­zać buta. Ręce się trzę­sły, czas leciał, a ja nie mogłam odpo­wied­nio chwy­cić cho­ler­nych sznu­ró­wek. Kie­dy się z tym upo­ra­łam, Gar­min zamiast się włą­czyć, zaczął insta­lo­wać aktu­ali­za­cje. Napraw­dę – myśla­łam, że śnię. Ale to wszyst­ko po chwi­li uda­ło się ogar­nąć i ruszy­łam.

Jak było? Świe­ci­ło słoń­ce, a ja bie­głam. Tak mogła­bym w skró­cie opi­sać ten bieg. Na począt­ku roz­glą­da­łam się, obser­wo­wa­łam kibi­ców, chło­nę­łam to, co prze­ży­wa­łam pierw­szy raz, a co tyle razy sobie wyobra­ża­łam. Wiem, że to nie­wia­ry­god­ne, zwa­żyw­szy ile emo­cji zosta­wi­łam w tym bie­gu, ale przez więk­szość cza­su po pro­stu bie­głam. Mia­łam wol­ną gło­wę. Oddy­cha­łam, nie myśląc o niczym.

1

Gło­wa pła­ta figle. Dużo się naczy­ta­łam o kry­zy­sach, więc w oko­li­cach 14–15km zaczę­łam się zasta­na­wiać kie­dy przyj­dzie ten kry­zys, bo czu­łam się dosko­na­le. I wycze­ka­łam go sobie. Kil­ka słab­szych chwil na 17 i 19km. Dwa pod­bie­gi, ale czu­łam się na nie przy­go­to­wa­na. Lek­cje odra­bia­łam przez całą zimę wsta­jąc o 6 rano, żeby doje­chać na bie­gi po wydmie w Fale­ni­cy. Powta­rza­łam sobie w gło­wie – utrzy­mać inten­syw­ność, nie tem­po, mniej­sze kro­ki, spo­koj­nie, oddy­chaj tak samo… I prze­brnę­łam, dopin­gu­jąc jesz­cze kil­ka osób, któ­re na pod­bie­gu szły. Naj­gor­szy moment mia­łam na Sta­rym Mie­ście, kie­dy bie­gli­śmy po kost­ce. Nogi dawa­ły już się we zna­ki, mia­łam wra­że­nie, że ta kost­ka wbi­ja mi się w sto­py. Ale zosta­ło chy­ba 1,5km… trze­ba było biec.

Z tego odcin­ka nie­wie­le już pamię­tam. Do pew­ne­go momen­tu –  ok. 200–300m przed metą usły­sza­łam wrzask: „ANIAAAAAAA”, obej­rza­łam się w lewo i zoba­czy­łam moje­go bra­ta z żoną i córecz­ką, ze łza­mi w oczach i „ANIA GO, GO, GO” na kart­kach. Trud­no to opi­sać. Kosmicz­ne wzru­sze­nie i ude­rze­nie adre­na­li­ny, na któ­rych pogna­łam już do mety.

2

Ileś lat wyobra­ża­łam sobie jak bie­gnę. Jak uno­szę ręce wbie­ga­jąc na metę. Nie wie­rzy­łam, że to moż­li­we. Sądzi­łam, że to robią tyl­ko nad­lu­dzie. Że ja nigdy nie była­bym w sta­nie wyko­nać takie­go wysił­ku.

Źle sądzi­łam.

Po pra­wie 1,5 roku pra­cy, po 6 mie­sią­cach tre­nin­gów do tego kon­kret­ne­go bie­gu, nie­zli­czo­nych momen­tach zwąt­pie­nia, cza­sem bólu, cza­sem rado­ści, cza­sem pora­żek, a cza­sem suk­ce­sów — po 2godzinach 9 minu­tach i 55 sekun­dach unio­słam ręce, śmia­łam się i pła­ka­łam jed­no­cze­śnie wbie­ga­jąc na metę Pół­ma­ra­to­nu War­szaw­skie­go.

534756281-PWA15-2082-21-000101-pwa15_01_mgw_20150329_121217_1