Wyobra­że­nia zwy­kle wyglą­da­ją tak: bie­gnie­sz sobie przez pięk­ny park, czy las, świe­ci słoń­ce, śpie­wa­ją pta­ki, jesteś lekki/a, zwin­ny, oddy­cha­sz spo­koj­nie, trwa to godzi­nę, albo wię­cej, no jed­nym sło­wem: jest pięk­nie. Realia nato­mia­st zwy­kle pre­zen­tu­ją się raczej tak: wycho­dzi­sz, zaczy­na­sz biec ile sił w noga­ch, po kil­ku­set metra­ch sapie­sz jak sta­ra loko­mo­ty­wa, park, las, słoń­ce, czy inne pta­ki nie mają zna­cze­nia, bo oczy zacho­dzą Ci mgłą, więc i tak ich nie widzi­sz – sku­pia­sz się raczej na tym, żeby prze­żyć. Brzmi zna­jo­mo? Jeśli tak, to moż­li­we, że ten tek­st jest dla Cie­bie:)

***

Pierw­szy raz wyszłam „pobie­gać” jakoś w kwiet­niu 2013 roku. Waży­łam wte­dy o 50kg za dużo, moja kon­dy­cja nie ist­nia­ła, ale chcia­łam spró­bo­wać. Nie wiem jaki dystans dokład­nie poko­na­łam, z pew­no­ścią był on jed­nak krót­ki, czu­łam się jak w tym opi­sie powy­żej, a zaraz potem zaczę­ło boleć mnie kola­no. Szczę­śli­wie szyb­ko zorien­to­wa­łam się, że to nie był dobry pomy­sł.

Dobre pół roku minę­ło mi na uża­la­niu się nad sobą i nad tym, że „nic nie mogę robić”, prze­cież chcia­łam bie­gać, a nie mogę, jak żyć i tak dalej. Uża­la­łam się tak inten­syw­nie aż do stycz­nia 2014, kie­dy to bez endo­mon­do, bez super ciu­chów i eks­tra butów poszłam się przej­ść.

I zaczę­łam cho­dzić. Coraz wię­cej. Trwa­ło to kil­ka mie­się­cy.

***

W lutym poszłam na siłow­nię. Uzna­łam, że jeśli chcę bie­gać, to potrze­bu­ję zro­bić dwie rze­czy:
— Spa­lać tłusz­cz i zacząć chud­nąć, naj­le­piej w mar­szu, na orbi­tre­ku lub rowe­rze (któ­re nie obcią­ża­ją aż tak bar­dzo);
— Wzmoc­nić mię­śnie (w tym dla mnie naj­waż­niej­sze, głę­bo­kie – co pozwo­li mi odcią­żyć krę­go­słup).

Jest w pod­ję­ciu, a raczej wytrwa­niu w takiej decy­zji, pew­na trud­no­ść. Wyma­ga ona pra­cy i cier­pli­wo­ści. Impul­sy są świet­ne — dobrze jest usły­szeć histo­rię, któ­ra nas zain­spi­ru­je, dzię­ki któ­rej wsta­nie­my z kana­py i zacznie­my coś robić. Ale jesz­cze lep­sze jest robie­nie tego z gło­wą — ze świa­do­mo­ścią swo­ich moż­li­wo­ści i ogra­ni­czeń.

Moje cia­ło było wte­dy moc­no bez­wład­ne. Nie byłam w sta­nie zro­bić pomp­ki, plan­ka, wykro­ków. Cza­sem chcia­ło mi się pła­kać, bo przy pró­ba­ch nie wie­dzia­łam nawet któ­ry­ch mię­śni powin­nam użyć, jak to w ogó­le zro­bić, jak się usta­wić… Powiedz­my sobie szcze­rze – ja po pro­stu tych mię­śni nie mia­łam. Jak więc mia­ła­bym biec? Jak ogrom­nym obcią­że­niem było­by to dla moich sta­wów, a przede wszyst­kim dla cho­re­go krę­go­słu­pa?

***

Na swój pierw­szy bieg wyszłam w maju 2014, czy­li po 4 mie­sią­ca­ch od momen­tu, kie­dy w ogó­le zaczę­łam się ruszać. Było to bar­dzo, bar­dzo wol­ne truch­ta­nie po Wro­cła­wiu, w takim tem­pie, aby się nie zasa­pać, po pro­stu nie­co przy­spie­szyć, nadać temu cho­dze­niu krok bie­go­wy:) Zapew­ne dla więk­szo­ści bie­ga­czy był­by to raczej chód, niż bieg, ale jest mi to cał­ko­wi­cie obo­jęt­ne.

Chwi­lę potem byłam zapi­sa­na na „Bieg na piąt­kę” (5km) towa­rzy­szą­cy Mara­to­no­wi War­szaw­skie­mu i szta­fe­tę Kra­ków Busi­ness Run, w któ­rej bie­głam w szta­fe­cie w dru­ży­nie Fun­da­cji Dar­ka Stry­chal­skie­go. Oba bie­gi odby­wa­ły się we wrze­śniu.

Wte­dy też pomy­śla­łam, że chy­ba czas na pierw­sze buty do bie­ga­nia i zali­czy­łam spo­rą wto­pę. Zro­bi­łam w skle­pie bada­nie sto­py, któ­re mia­ło pozwo­lić mi dobrać naj­lep­sze buty. Z bada­nia wynik­nę­ło, że mam bie­gać w buta­ch neu­tral­ny­ch roz­miar 39 i nie było­by w tym nic szcze­gól­ne­go, gdy­by nie fakt, że osta­tecz­nie oka­za­ło się, że supi­nu­ję a roz­miar moich butów do bie­ga­nia to 41. A. No i mam pła­sko­sto­pie, więc wła­śnie uczę się bie­gać we wkład­ka­ch. Oso­bi­ście, gdy­bym mia­ła zaczy­nać raz jesz­cze, to wybra­ła­bym bada­nie u dobre­go fizjo­te­ra­peu­ty, któ­ry się tym zaj­mu­je.

***

Moje przy­go­to­wa­nie do bie­gu na 5km opie­ra­ło się na codzien­nym wycho­dze­niu, bie­gnię­ciu 5km i spraw­dza­niu jak szyb­ko mi poszło. Szu­ka­łam w sie­ci infor­ma­cji na ten temat tre­nin­gów bie­go­wy­ch, ale było ich tyle, że poczu­łam się total­nie zagu­bio­na. Cią­gle jed­nak myśla­łam o tym, że prze­cież przy­go­to­wu­jąc się do mara­to­nu ludzie nie mogą bie­gać codzien­nie po 42km. I słusz­nie.

Uzna­łam, że chcę mieć tre­ne­ra. O powo­da­ch tej decy­zji mogła­bym napi­sać osob­ny tek­st, w skró­cie powiem tak: z tego same­go powo­du, z któ­re­go np. ktoś odchu­dza­ją­cy się idzie do die­te­ty­ka. Bo on się na tym zna i wie jak dopro­wa­dzić do celu zdro­wo i z gło­wą. Nie uwa­żam, żeby była to koniecz­no­ść dla każ­de­go, ale w moim przy­pad­ku ten pomy­sł spraw­dził się ide­al­nie. Nie tyl­ko mam kogoś kto dba o to, żebym robi­ła postę­py w roz­sąd­nym tem­pie, ale tak­że wiel­kie wspar­cie i obiek­tyw­ne spoj­rze­nie na to, na co mnie stać.

Wie­le razy było tak, że Pio­tr roz­pi­sy­wał mi tre­ning, któ­ry wyda­wał mi się nie­moż­li­wy do zro­bie­nia – zna­czy to, że sama nigdy bym go sobie nie zada­ła, bo nie przy­szło­by mi do gło­wy, że jestem w sta­nie coś takie­go zro­bić. Musia­łam więc zaufać na tyle, żeby nie myśleć o tym, tyl­ko po pro­stu biec. Wiem, że są ludzie, któ­rzy tego pro­ble­mu nie mają, ale dla każ­de­go co inne­go. To moja zmia­na, więc gram na moich zasa­da­ch:)

Jest jesz­cze jeden aspekt – jak wie­le razy mówi­łam miałam/mam cho­ry krę­go­słup i parę inny­ch pro­ble­mów zdro­wot­ny­ch i zale­ża­ło mi, aby mieć wokół sie­bie ludzi, któ­rzy mają na ten temat poję­cie. Z więk­szo­ści pro­ble­mów tre­ner wypro­wa­dzał mnie bez­błęd­nie, czę­sto dia­gno­zu­jąc popraw­nie szyb­ciej, niż leka­rz;). Myślę, że mądry, roz­sąd­ny czło­wiek na tym miej­scu to skarb i będę się tego trzy­ma­ła.

***

Pra­cę z Pio­trem zaczę­łam w paź­dzier­ni­ku 2014. Pierw­szym naszym wspól­nym spraw­dzia­nem był Pół­ma­ra­ton War­szaw­ski, któ­ry pobie­głam dokład­nie tak, jak zapla­no­wa­li­śmy. Dru­gim – mara­ton, któ­ry wstęp­nie pla­no­wa­łam biec w 2017 albo 2018 roku  😉 Tutaj pla­ny pokrzy­żo­wa­ła nam moja cho­ro­ba na tydzień przed star­tem, ale jestem z tego bie­gu dum­na. Fakt, że pora­dzi­łam sobie z nim w taki­ch oko­licz­no­ścia­ch poka­zał mi tyl­ko jak dobrze byłam przy­go­to­wa­na i w tym roku pla­nu­ję popra­wić cza­sy na obu dystan­sa­ch i pobiec swój pierw­szy bieg gór­ski.

***

Pisze od mnie wie­le osób, któ­re pod wpły­wem impul­su podej­mu­ją decy­zje np. o prze­bie­gnię­ciu 10km, czy pół­ma­ra­to­nu, co mnie tro­chę prze­ra­ża. Ja wiem, przy­się­gam, że wiem, jak cudow­nym uczu­ciem jest wbiec na metę, zro­bić coś, co wcze­śniej nie mie­ści­ło nam się w gło­wie. Ale bar­dzo czę­sto jest to stą­pa­nie po kru­chym lodzie.

Po pierw­sze bie­ga­nie to nie samo bie­ga­nie. To roz­grzew­ka, porząd­ne roz­cią­ga­nie na koniec, a tak­że regu­lar­ne ćwi­cze­nia (m.in. core sta­bi­li­ty), o czym bar­dzo wie­le osób zapo­mi­na. Kie­dyś zapy­ta­łam kole­gi, czy jego bie­ga­nie zawie­ra te nie­zbęd­ne ele­men­ty, wyda­wał się zdzi­wio­ny i powie­dział, że nie ma na to cza­su.

Po dru­gie, to, że jeste­śmy ama­to­ra­mi i bie­ga­my wol­no, w moim odczu­ciu, nie upraw­nia nas do odwa­la­nia tzw. bie­go­wej mania­ny. Jest róż­ni­ca mię­dzy oso­bą, któ­ra prze­bie­gnie pół­ma­ra­ton w cza­sie np. 2h10min w rów­nym tem­pie, w dobrym zdro­wiu i samo­po­czu­ciu, a tą, któ­ra zaka­tu­je się w pierw­szej poło­wie, aby led­wo doczła­pać dru­gą.

Nie ma nic zdro­we­go ani przy­jem­ne­go w tym, co widzia­łam na tra­sie Pół­ma­ra­to­nu Pra­skie­go – tak, odby­wał się w dość trud­ny­ch warun­ka­ch — było ponad 30stop­ni, ale widzia­łam ludzi idą­cy­ch na 4–5 kilo­me­trze. W dru­giej poło­wie wie­lu z nich leża­ło na pobo­cza­ch, a karet­ka kur­so­wa­ła bez prze­rwy. Są wypad­ki, któ­ry­ch nie da się prze­wi­dzieć, kwe­stie loso­we – to jest jasne. Ale wie­lu z nich moż­na zapo­biec po pro­stu PORZĄDNYM PRZYGOTOWANIEM.

A przy­go­to­wa­nie trwa. Wyma­ga pra­cy i cza­su. Z pew­no­ścią nie jest tak wido­wi­sko­we jak zdję­cie z meda­lem na face­bo­oku. Być może jestem dziw­na, ale według mnie ta meta, medal, szczę­ście, sma­ku­ją o wie­le lepiej, kie­dy wie­my, że sobie je wypra­co­wa­li­śmy. Moją rela­cję z mara­to­nu prze­czy­ta­cie TU.

***

Mate­usz Jasiń­ski, zna­ny wie­lu z Was pasjo­nat i tre­ner bie­ga­nia stwo­rzył i udo­stęp­nił nam plan „Od 0 do 5km” ide­al­ny dla osób począt­ku­ją­cy­ch, szcze­gól­nie z nad­wa­gą lub po pro­stu bez for­my. Plan jest roz­pi­sa­ny na 8 tygo­dni, a zatem tyle potrze­bu­je­cie, aby na spo­koj­nie i bez­piecz­nie prze­biec swo­je pierw­sze 5km. Jeśli więc zde­cy­do­wa­li­ście się zacząć (i wie­cie, że może­cie to robić, nie macie zaka­zu od leka­rza, prze­ciw­wska­zań itd.), to zamia­st wyplu­wać płu­ca na swo­ich pierw­szy­ch kilo­me­tra­ch, podejdź­cie do tema­tu z gło­wą. Jeśli macie jakie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, naj­le­piej zacząć od kon­tak­tu z leka­rzem lub fizjo­te­ra­peu­tą!

Zachę­cam do prze­czy­ta­nia arty­ku­łu Mate­usza na temat bie­ga­nia z nad­wa­gą TU, a następ­nie do pobra­nia [i wyko­rzy­sta­nia!:)] pla­nu TU: Plan­tre­nin­go­wy.

Na stro­nie znaj­dzie­cie rów­nież wszel­kie namia­ry na Mate­usza i mnó­stwo inny­ch wpi­sów, któ­re nie tyl­ko moty­wu­ją, ale dają tez porząd­ną daw­kę wie­dzy na temat bie­ga­nia. A ta niko­mu nie zaszko­dzi­ła.

Powo­dze­nia!