Mia­łam już ruszać w dro­gę do hoste­lu w oko­li­cy star­tu, ale nadal nie byłam spa­ko­wa­na. Moja gło­wa się wyłą­czy­ła, pako­wa­łam się i roz­pa­ko­wy­wa­łam, żeby spraw­dzić, czy zabra­łam wszyst­ko, co potrzeb­ne – i tak kil­ka razy. Za każ­dym razem cze­goś zapo­mi­na­łam. Od hoste­lu w samym cen­trum mia­sta dzie­li­ły mnie jakieś dwie godzi­ny dro­gi, więc nie było mowy o powro­cie.

Robi­łam to wszyst­ko auto­ma­tycz­nie, na zasa­dzie: tak zapla­no­wa­łam, więc wyko­nu­ję.  Kie­dy na chwi­lę prze­sta­wa­łam, orien­to­wa­łam się, że nie wiem, co dalej ze sobą zro­bić. Naj­bliż­sza byłam kup­na bile­tu i powro­tu, bo napraw­dę w jed­nej sekun­dzie wszyst­ko stra­ci­ło jaki­kol­wiek sens. Nie chcia­ło mi się tam być, nie chcia­ło mi się biec, kon­cep­cja jakich­kol­wiek waka­cji była abs­trak­cją, czas sta­nął w miej­scu.

W hoste­lu zorien­to­wa­łam się, że nie zapla­no­wa­łam żad­ne­go jedze­nia, a nie­za­leż­nie od tego w jakim sty­lu mia­ła­bym poko­nać tra­sę tego mara­to­nu, war­to było pamię­tać o węglo­wo­da­nach. Z pomo­cą przy­szła mi Ania, któ­rą pozna­łam rok temu przed star­tem mara­to­nu w Nowym Jor­ku, a któ­ra noco­wa­ła w tym samym hoste­lu. Przy­nio­sła wiel­ką, jak to w Sta­nach, miskę maka­ro­nu, z któ­re­go i tak nie byłam w sta­nie zjeść nawet czę­ści. Stres zmu­sił mój żołą­dek do straj­ku, któ­re­go nie zakoń­czył aż do rana. No, nic nie zapo­wia­da­ło się dobrze.

***

Spa­łam jakieś dwie i pół, może trzy godzi­ny. Żołą­dek nadal żył swo­im życiem, więc zja­dłam tyl­ko pół baj­gla, wypi­łam her­ba­tę, ubra­łam się i poszłam. Byłam jakieś 200–300m od star­tu. Było chłod­no, desz­czo­wo i smut­no.

Chcia­łam, żeby ten mara­ton był zamknię­ciem pew­ne­go eta­pu, mia­łam w gło­wie uło­żo­ny tekst na jego temat, mia­łam w nogach spo­ro wol­ne­go, bo wol­ne­go, ale jed­nak tre­nin­gu, prze­bie­gnię­te 30km, mia­ło być szczę­śli­wie i spo­koj­nie. To było nim dowie­dzia­łam się, że kil­ka­na­ście godzin wcze­śniej stra­ci­łam jed­ną z naj­waż­niej­szych osób w moim życiu. Potem było już tyl­ko tak, jak­by ktoś wyłą­czył świa­tło. Ale ruszy­łam.

Pierw­sze kilo­me­try prze­bie­głam w desz­czu i z kol­ką. Jak to w Sta­nach — kibi­co­wa­ły nam tysią­ce ludzi, któ­rych wrzask był cza­sa­mi obez­wład­nia­ją­cy. Bie­gli­śmy przez ści­słe cen­trum, gdzie zazwy­czaj uli­ce peł­ne są sto­ją­cych w kor­kach aut. Dziś mia­sto było dla nas, otwar­te, pięk­ne, peł­ne wspa­nia­łe­go wspar­cia. Tro­chę żału­ję, że w żaden spo­sób nie byłam w sta­nie tego doce­nić.

Wil­got­ność tego dnia wyno­si­ła ok. 94%. Dużo. Cza­sa­mi bie­głam wyłą­cza­jąc się zupeł­nie i nie myśląc o niczym, cza­sa­mi, kie­dy zaczy­na­łam myśleć, pła­ka­łam. Kie­dy pła­ka­łam, nie mogłam za bar­dzo oddy­chać, więc szłam. Dużo pła­ka­łam. Dużo szłam.

O zej­ściu z tra­sy pomy­śla­łam po raz pierw­szy już w oko­li­cach czwar­te­go kilo­me­tra. Prze­ra­zi­ła mnie ta myśl – jeśli masz dość po 30km, to dasz radę, jeśli masz przed sobą 38km, a Two­ja gło­wa mówi, że raczej nie ma ocho­ty tu być, to nie jest dobrze. Mogłam odpu­ścić, ale wte­dy myśla­łam o Kami, któ­ra uśmie­cha się i mówi: Anu­sia, no coś Ty… albo widzia­łam kogoś, kto biegł o kulach lub z inny­mi ogra­ni­cze­nia­mi. Nie scho­dzisz z tra­sy, kie­dy prze­bie­ga obok ktoś nie­peł­no­spraw­ny, a Ty masz dwie zdro­we nogi. Nie­za­leż­nie od sytu­acji.

***

Zabaw­ne, jak rze­czy, któ­ry­mi przej­mu­je­my się na co dzień, mogą stać się małe w sekun­dę. Jak wszyst­ko może się zmie­nić w mgnie­niu oka. Myśla­łam o wszyst­kim i o niczym. O wszyst­kim, co stra­ci­łam w ostat­nim cza­sie i o niczym, tyl­ko słu­cha­łam kibi­ców i roz­glą­da­łam się, obser­wu­jąc ludzi bie­gną­cych wokół mnie. Po pierw­szych kilo­me­trach w desz­czu i zmo­czo­nych butach mia­łam szyb­ką pamiąt­kę w posta­ci odci­sku, bola­ło mnie wszyst­ko, a naj­moc­niej ser­ce. Kie­dy boli ser­ce, boli cały czło­wiek, to jasne.

W tym tłu­mie ludzi czu­łam się jed­nak strasz­nie samot­na. Chi­ca­go jest ogrom­ne, prze­strzeń jest wspa­nia­ła, ale może być też przy­tła­cza­ją­ca. Nie mogłam uwie­rzyć, kie­dy na – chy­ba – 27km zoba­czy­łam zna­jo­mą twarz. To Wio­la, z któ­rą pozna­ły­śmy się 4 lata temu. Mia­ła cze­kać na mecie, więc wcze­śniej­sze spo­tka­nie, moż­li­wość uści­śnię­cia kogoś zna­jo­me­go, były dla mnie pierw­szym zastrzy­kiem ener­gii, jaki dosta­łam.

***

Na tyłach nie ma wiel­kich wyni­ków, pogo­ni za cza­sem, ani żad­nej z tych rze­czy, bez któ­rych mara­ton nie ma sen­su dla kogoś, kto się ści­ga, za to jest dużo czło­wie­ka. Mam wra­że­nie, że w USA kul­tu­ra mara­to­nu jest nie­co inna, wie­le osób bie­rze w nim udział, aby kogoś upa­mięt­nić, oddać komuś hołd, aby zro­bić coś duże­go, coś trud­ne­go i celem jest napraw­dę, po pro­stu, to zro­bić. Obser­wo­wa­łam ludzi o kulach, oso­by star­sze, pary bie­gną­ce za rękę. Wszy­scy oni doda­wa­li mi otu­chy.

Śmia­łam się przez łzy, kie­dy drep­ta­łam taka prze­mo­czo­na, zapła­ka­na, taka jed­na wiel­ka kul­ka nie­szczę­ścia, a ludzie prze­cho­dzą­cy obok krzy­cze­li: LOOKING GREAT! YOU GOT IT! Śmia­łam się, macha­łam i dzię­ko­wa­łam. Dużo ser­decz­no­ści, dużo wspar­cia, dużo dobra. Wszyst­ko to, na co możesz liczyć zawsze pod­czas tam­tej­szych mara­to­nów.

W Pol­sce tym­cza­sem, na mojej gru­pie, trwa­ło kibi­co­wa­nie. Przy każ­dej kolej­nej myśli na temat zej­ścia z tra­sy włą­cza­łam na chwi­lę tele­fon i widzia­łam kolej­ne wąt­ki z infor­ma­cją o tym, na któ­rej mili się znaj­du­ję, uma­wia­nie się na obser­wo­wa­nie mety, kie­dy będę wbie­ga­ła. Dziew­czy­ny wie­dzia­ły, że od daw­na marzę głów­nie o tym, żeby ktoś był na tej mecie i cze­kał, więc cze­ka­ły. W tym całym ciem­nym tune­lu, nawet tam… nadal było tro­chę dobra.

***

Zoba­czy­łam zakręt, za zakrę­tem znak 200m, a przede mną napis FINISH. To było nie­re­al­ne. Wolon­ta­riusz­ka krzyk­nę­ła do mnie: Bie­gnij, już tyl­ko 200 metrów! Nie mogłam biec, sta­nę­łam, żeby zro­bić zdję­cie i spró­bo­wać to zapa­mię­tać. Sta­łam tak dobrą chwi­lę i zano­si­łam się pła­czem.

Wyję­łam fla­gę, na któ­rej nad ranem napi­sa­łam mar­ke­rem „Kami­siu – dla Cie­bie” i dory­so­wa­łam ser­dusz­ko, bo na nic wię­cej nie mia­łam już cza­su. Prze­cież życie zmie­ni­ło się w sekun­dę.

***

Na mecie przy­wi­tał mnie sam Peter Ciac­cia, dyrek­tor nowo­jor­skie­go mara­to­nu, czło­wiek, któ­ry ceni każ­de­go – od pierw­sze­go do ostat­nie­go uczest­ni­ka mara­to­nu na mecie. Pogra­tu­lo­wał, a kie­dy powie­dzia­łam, co się sta­ło, przy­tu­lił. To było chy­ba naj­trud­niej­sze, co zro­bi­łam w życiu. Jakie by nie były, ale jed­nak 42 kilo­me­try. Ponoć byli żoł­nie­rze w Wiel­kiej Bry­ta­nii cza­sem odby­wa­ją tera­pię wła­śnie w bie­gu.

***

Wolon­ta­riusz zawie­sił mi na szyi medal.

Nadal nie wie­rzy­łam, że tam jestem.
Nie wie­rzy­łam w nic, co się sta­ło.

I cią­gle mia­łam tyl­ko tę myśl, to wyobra­że­nie, jak Kami uśmie­cha się jak zwy­kle, kie­dy nie wie­rzę, że dam radę i mówi: Anu­sia, no coś Ty…