Wła­śnie mija tydzień odkąd prze­kro­czy­łam metę Mara­to­nu War­szaw­skie­go. Przez cały ten czas pró­bo­wa­łam zna­leźć odpo­wied­nie sło­wa, aby to opi­sać. Już wiem, że nigdy nie znaj­dę.

Bałam się bar­dzo i przy­zna­ję to bez wsty­du. Pierw­szy mara­ton to bieg w nie­zna­ne. Na tre­nin­gu poko­na­łam dotąd mak­sy­mal­nie 29,5km, a przede mną było ich ponad 42. Myśla­łam: jak? Jak to zro­bię? Jak zare­agu­je mój orga­ni­zm? Z jed­nej stro­ny fascy­na­cja i cie­ka­wo­ść, z dru­giej prze­ra­że­nie. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że ze stra­chu poja­wi­ła się też gorącz­ka w tygo­dniu przed star­tem, prze­zię­bie­nie i napraw­dę złe samo­po­czu­cie. Zasta­na­wia­łam się.

Nigdy dotąd w życiu sobie nie odpusz­cza­łam. Ale kie­dy kolej­ne­go ran­ka budzi­łam się z kata­rem, bolą­cą gło­wą i sta­nem pod­go­rącz­ko­wym, zasta­na­wia­łam się zupeł­nie poważ­nie, co zro­bić? Nie lubię się nad sobą spe­cjal­nie lito­wać w sytu­acja­ch tego nie­wy­ma­ga­ją­cy­ch, ale tutaj napraw­dę nie wie­dzia­łam – czy to, co się dzie­je to znak, że powin­nam po raz pierw­szy w życiu sobie odpu­ścić? Zupeł­ne pie­kło w gło­wie. Prze­pła­ka­łam pół sobo­ty powo­li godząc się z myślą, że nie dam rady. A potem poje­cha­łam ode­brać swój pakiet star­to­wy.

I kie­dy tyl­ko zoba­czy­łam bra­mę z napi­sem „37 MARATON WARSZAWSKI”, wie­dzia­łam już, że marzeń się nie odpusz­cza i pobie­gnę. W rama­ch szu­ka­nia zło­te­go środ­ka dałam sobie nato­mia­st pra­wo do odpusz­cze­nia bie­gu na czas. Biec i dobiec – dla mnie cho­ler­nie trud­ne, bo jestem ambit­na i nie­na­wi­dzę rezy­gno­wać z celu, któ­ry sobie sta­wiam. Ale to był moment, w któ­rym nale­ża­ło przy­jąć zna­ki od orga­ni­zmu z choć odro­bi­ną poko­ry.

Gło­wa nie była pew­na nicze­go, ani tej decy­zji, ani tego, czy dobie­gnę. Ser­ce po pro­stu chcia­ło biec.

Wystar­to­wa­li­śmy.

64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_01_rzs_20150927_094040_2Pierw­sze kilo­me­try były ner­wo­we. Poci­łam się nie­ade­kwat­nie do (zwol­nio­ne­go) tem­pa i poko­na­ne­go dystan­su i wie­dzia­łam, że to kwe­stia prze­zię­bie­nia. Zasta­na­wia­łam się, czy tak będzie cały czas, czy to osła­bie­nie i za chwi­lę nie będę mia­ła siły biec… W oko­li­cy pią­te­go kilo­me­tra nagle wszyst­kie moje wąt­pli­wo­ści uci­chły. Napraw­dę. Po pro­stu zro­bi­ło się cicho. Mia­łam obok sie­bie Miko­ła­ja, naj­lep­sze wspar­cie, jakie mogła­bym sobie wyma­rzyć na ten bieg. Siła spo­ko­ju. Bie­gli­śmy.

Nim zdą­ży­łam się zorien­to­wać prze­kra­cza­li­śmy punkt kon­tro­l­ny na 10km. Dopie­ro wte­dy znów wró­ci­łam do myśli nt. samo­po­czu­cia i z ulgą stwier­dzi­łam, że czu­ję się dobrze, mam siłę, a na pyta­nie Miko­ła­ja o nogi odpo­wia­da­łam: na razie nawet nic nie czu­ję, że bie­gnę. To był dobry znak i powo­li zaczy­na­łam wie­rzyć, że mara­ton jest w moim zasię­gu.

64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_01_apt_20150927_101434Dru­giej dzie­siąt­ki pra­wie nie pamię­tam, bo była peł­na kibi­ców. Wie­lu zna­jo­my­ch i przy­ja­ciół na tra­sie, więc naj­mniej myśla­łam o kilo­me­tra­ch, macha­łam, przy­bi­ja­łam piąt­ki, szcze­rze się cie­szy­łam, a mój dobry duch obok upo­mi­nał mnie, kie­dy z tych emo­cji zapo­mi­na­łam, że mia­łam biec wol­no. Tak dotar­li­śmy do dwu­dzie­ste­go kilo­me­tra, a po kil­ku kolej­ny­ch minu­ta­ch do poło­wy mara­to­nu. Na pyta­nie o nogi znów odpo­wie­dzia­łam, że wła­ści­wie jesz­cze nic nie czu­ję, a w środ­ku już zaczy­na­łam się cie­szyć. Bo choć wie­dzia­łam, że jesz­cze zda­rzyć się może wszyst­ko, to wie­rzy­łam już, że dam radę.

Wte­dy też przy­po­mnia­łam sobie sło­wa tre­ne­ra, że jeśli nie wie­rzę, że dam radę pobiec dobrze, to żebym o tym nie myśla­ła, tyl­ko po pro­stu bie­gła, jak For­re­st Gump. Tak zro­bi­łam. Poczu­łam wte­dy, jak jest mi dobrze w tym bie­gu, jak się cie­szę, że tam jestem i wie­dzia­łam, napraw­dę wie­dzia­łam, że to zro­bię.

64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_01_ptm_20150927_092031_1Pierw­sze ozna­ki nie­co gor­sze­go samo­po­czu­cia zano­to­wa­łam w oko­li­cy 26-28km. Dość dłu­go bie­gli­śmy w słoń­cu i pod wia­tr, co utrud­nia­ło spra­wę. Cze­ka­łam już na nawrot­kę na Kępie Potoc­kiej, bo chwi­lę za nią znaj­do­wał się mitycz­ny 30km. Ten kilo­me­tr, po któ­rym jest ścia­na, czło­wiek nie może biec, ten od kie­dy zaczy­na się wal­ka, jest źle i boli. Tak mówi­li ludzie. Tre­ner mówił, że ścia­na to brak przy­go­to­wa­nia lub nie­do­sto­so­wa­nie tem­pa do moż­li­wo­ści.

Wyglą­da­ło na to, że byłam (jak na moje moż­li­wo­ści) przy­go­to­wa­na bar­dzo dobrze, bo zamia­st po 30km umie­rać… tak bar­dzo ucie­szy­łam się, że bie­gnę dalej, niż kie­dy­kol­wiek dotąd, że doda­ło mi to mocy i zaczę­łam biec jak na skrzy­dła­ch. Kolej­ne kilo­me­try mija­ły mi nie­zau­wa­że­nie. Na 31km cze­kał mój brat z mamą, a widok bra­ta ze łza­mi w ocza­ch jak zwy­kle zro­bił na mnie pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie i dał mi kopa na kolej­ne kilo­me­try. Na 33km cze­kał już mój dru­gi zając, czy­li Kra­sus i razem, już we trój­kę, pod­bie­gli­śmy w górę pod osła­wio­ną ul. San­gusz­ki.

niegosZe zdjęć wyni­ka, że od ok. 37km było już gorzej. I rze­czy­wi­ście – mniej wię­cej wte­dy zaczął mi doku­czać żołą­dek i żele ener­ge­tycz­ne, któ­re zja­dłam pod­czas bie­gu. Było mi po pro­stu nie­do­brze, strasz­nie nie­do­brze, a stan ten tyl­ko pogar­szał gło­śny doping i ludzie. Prze­wra­ca­ło mi się w żołąd­ku i męczy­łam się, chcia­łam ciszy, a było gło­śno, w pew­nym momen­cie wyda­wa­ło mi się, że mam zatka­ne uszy.

To dziw­ny stan. Z jed­nej stro­ny czu­łam się źle, a z dru­giej… wła­ści­wie tego nie pamię­tam. Gdy­by nie zdję­cia i fakt, że zaczę­łam się 64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_01_mwd_20150927_130724_4zasta­na­wiać nad tym i przy­po­mi­nać sobie te ostat­nie kilo­me­try, w ogó­le nie pamię­ta­ła­bym, że coś nie gra­ło.

Myślę, że to dobrze. To zna­czy, że bie­głam mimo nie­naj­lep­sze­go już samo­po­czu­cia, bo byłam goto­wa na to, że mogę się tak czuć i nie był 64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_01_kkn_20150927_133553_1to dla mnie powód, żeby np. przej­ść do mar­szu. Tre­ner mówił, że na mara­to­nie nie zda­rzy się nic, cze­go nie zna­ła­bym z tre­nin­gów, nic, co mogło­by mnie zasko­czyć. I chy­ba tak wła­śnie było – na tre­nin­ga­ch, któ­re wyko­ny­wa­łam np. w tem­pe­ra­tu­rze 35 stop­ni nie czu­łam się wybit­nie, a jed­nak po pro­stu bie­głam. I tutaj też tak było – już cięż­ko, ale nie tak, żeby roz­pa­try­wać to w kate­go­ria­ch np. powo­du do rezy­gna­cji.

Kie­dy zoba­czy­łam fla­gę z napi­sem „41”, zaczę­łam pod­ska­ki­wać z rado­ści i krzy­czeć do chło­pa­ków, że to już 41 kilo­me­trów, już 41 kilo­me­trów, tak jak­by tego nie wie­dzie­li. Trud­no to opi­sać. Zmę­cze­nie, któ­re było widocz­ne, ale któ­re­go już nie czu­łam, bo zastą­pi­ła je eufo­ria. Już widzia­łam Sta­dion Naro­do­wy. Już byłam bli­sko, już nikt i nic nie mogło mi tego ode­brać, wie­dzia­łam, że za chwi­lę zro­bię coś, co wyobra­ża­łam sobie od lat.

64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_01_lks_20150927_133530Pamię­tam, że krzy­cza­łam do Miko­ła­ja: zoba­cz, zoba­cz, zro­bi­łam to, Miko­łaj, jestem na 41km, prze­bie­gnę mara­ton!

Mija­ły kolej­ne metry, a my zbli­ża­li­śmy się do mety. Na 800m przed metą było mi już nie tyl­ko nie­do­brze od żeli, ale zaczę­łam też łkać ze wzru­sze­nia, więc dodat­ko­wo nie mogłam zła­pać odde­chu. Oczy zacho­dzi­ły mi mgłą.

Wyobra­ża­łam to sobie MILION razy. MILION razy oglą­da­łam fil­mi­ki. Teraz tam byłam, Kra­sus krzy­czał „Ania, jesz­cze 400m, jak jed­na Agry­ko­la!”, a ja już się powo­li wyłą­cza­łam. Ostat­nie, co pamię­tam, to zwę­że­nie przy wbie­ga­niu na Naro­do­wy i krzyk chło­pa­ków do dwó­ch męż­czy­zn bie­gną­cy­ch przed nami: „ pano­wie, prze­puść­cie Anię!”. Prze­pu­ści­li, chło­pa­ki zła­pa­li mnie za ręce i byłam na ostat­niej pro­stej. Trzy­ma­łam ich za ręce i bie­głam.

64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_05_mz_20150927_135006_3BLANK.

Nic nie pamię­tam. Ude­rze­nie emo­cji było tak potęż­ne, że chy­ba mnie odłą­czy­ło, urwał mi się film. Obu­dzi­łam się za metą. Po pra­wej stro­nie zoba­czy­łam twa­rze moich przy­ja­ciół. Tego wido­ku nigdy nie zapo­mnę.

Ja, któ­ra od daw­na nie pozwa­la­łam się do sie­bie za bar­dzo zbli­żać.
Przy­tu­li­łam się do chło­pa­ków i roz­pła­ka­łam.

Strasz­nie bałam się tego bie­gu. I strasz­nie bałam się zgo­dzić się, żeby ze mną bie­gli.

Przez więk­szo­ść swo­je­go życia wal­czy­łam sama. Bie­ga­łam też sama, bo w więk­szo­ści star­tów zda­rza­ły mi się takie momen­ty, kie­dy fizycz­nie i psy­chicz­nie cier­pia­łam i nie chcia­łam, żeby ktoś to widział. Wola­łam mie­rzyć się z tym w samot­no­ści. Jeśli oka­żę się za sła­ba, nikt nie będzie widział…

Tym razem było ina­czej. Zapro­si­łam ich wie­dząc, że mogą być świad­ka­mi zarów­no suk­ce­su i naj­pięk­niej­szy­ch chwil moje­go życia, jak i cier­pie­nia, wal­ki i tego jak fatal­nie będę w tym wyglą­dać. I poraż­ki.

To była napraw­dę dłu­ga dro­ga.
A bieg na 42k­m195 i 4h43min był jej naj­pięk­niej­szym uko­ro­no­wa­niem. I zamknię­ciem.

Bar­dzo nie chcia­łam już iść sama.

___

zdję­cia: foto­ma­ra­ton, Mar­ta Malarska/Kreatywny Krab, Nie­gos

64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_05_srv_20150927_134536

64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_01_ptm_20150927_103330

64130-MWA15-7001-42-000101-mwa15_02_ppr_20150927_135017

1_2 milosc milosc2