Zda­rzy­ło mi się dziś coś nie­sa­mo­wi­te­go. Tzn. ja to zda­rzy­łam, dokład­niej mówiąc.

Kie­dy dosta­łam maila z pyta­niem, czy pobie­gnę w szta­fe­cie z teamem Dar­ka Stry­chal­skie­go, oczy­wi­ście bar­dzo chcia­łam, ale jesz­cze bar­dziej się bałam. Natych­mia­st zapo­bie­gaw­czo wszyst­ko zaczę­ło mnie boleć, żeby pomóc mi pod­jąć decy­zję na nie, poza tym dele­ga­cja, poza tym prze­cież gdzie ja tam z nimi, czy w ogó­le dobie­gnę itd. Moja gło­wa nie dawa­ła mi żyć. Nor­mal­nie już bym się temu pod­da­ła. Nie tym razem.

To, co dziś zro­bi­łam wyma­ga­ło ode mnie odda­le­nia się o try­liard mil od mojej stre­fy kom­for­tu. Usta­wie­nia się w pozy­cji pokor­ne­go ucznia. Oczy­wi­ście, moja dru­ży­na, skła­da­ją­ca się z mara­toń­czy­ków i ultra­ma­ra­toń­czy­ków, bie­ga­ją­cy­ch mor­der­cze dystan­se w sty­lu 100km po góra­ch, wie­dzia­ła, że nie pobie­gnie­my tam razem po pierw­sze miej­sce i że nie mam szans nawet zbli­żyć się do osią­ga­ny­ch przez nich wyni­ków. Mimo to chcie­li, żebym z nimi pobie­gła. A ja wie­dzia­łam, że to jest ten moment, by stra­cho­wi powie­dzieć w koń­cu “nie”. Gdy­bym zro­bi­ła to, co zawsze, efekt był­by taki jak zawsze. Chcia­łam inne­go. Powie­dzia­łam tak.

Wsta­łam dziś o 3 nad ranem, żeby poje­chać z Dar­kiem z Lubli­na do Kra­ko­wa. Dotar­li­śmy tam godzi­nę przed star­tem. Oni, dla któ­ry­ch to prze­bież­ka i ja, dla któ­rej to pierw­szy start, w któ­rym czas ma jakieś zna­cze­nie. Tłum ludzi, któ­ry­ch nor­mal­nie bym się bała. Pomył­ka orga­ni­za­to­rów i na 15mi­nut przed star­tem nadal sto­imy nie­prze­bra­ni, z waliz­ka­mi na Ryn­ku w Kra­ko­wie i nie mamy nume­rów star­to­wy­ch. Ani pla­nu kto po kim bie­gnie. Nic.  W ostat­niej chwi­li znaj­du­ją się nasze nume­ry. Przy­cze­pia­my je jak leci. Pierw­szy bie­gnie Darek, po nim Mag­da, potem moja kolej. Sto­ję ner­wo­wo cze­ka­jąc kie­dy poja­wi się Mag­da, od któ­rej przej­mę pałecz­kę i … pobie­gnę, przed sie­bie, zro­bię swo­je.

Stres i emo­cje mnie zja­dły, już w tej chwi­li mogła­bym wypi­sać listę błę­dów, któ­re popeł­ni­łam. I któ­ry­ch nie popeł­nię wię­cej. To lek­cja. Ten kró­ciut­ki dystans oka­zał się trud­ny. Same­go bie­gu pra­wie nie pamię­tam. Pamię­tam nato­mia­st, że prze­szło mi przez myśl, żeby zre­zy­gno­wać, że nie dam rady… Trwa­ło to pół sekun­dy. Nie było takiej opcji.

To jest wła­śnie zmia­na. Dwa stra­te­gicz­ne momen­ty. Jeden, kie­dy powie­dzia­łam, że pobie­gnę, choć bałam się jak dia­bli — same­go bie­gu, ośmie­sze­nia, tego że będę ostat­nia — chy­ba wszyst­kie­go. Dru­gi, kie­dy nie zre­zy­gno­wa­łam, mimo że napraw­dę było mi cięż­ko.

Piąt­ka przy­bi­ta na koniec przez Mag­dę, Dar­ka i Miko­ła­ja to duma. Choć oni sami raczej nie wie­dzą, co to wszyst­ko dla mnie zna­czy­ło.

Sie­dzę i patrzę na mój medal. Nie wiem, czy z cze­go­kol­wiek inne­go w moim życiu byłam tak dum­na.