Dokład­nie rok temu po raz pierw­szy wyszłam na spa­cer. Na spa­cer, bo nie wie­dzia­łam, co inne­go mogła­bym robić. Chcia­łam zmia­ny, ale nie bar­dzo wie­dzia­łam jak się za nią zabrać. Posta­no­wi­łam po pro­stu wyjść. Pamię­tam, że było zim­no i nie­zbyt przy­jem­nie, mia­łam kaca po alko­ho­lu wypi­tym pod­czas poprzed­nie­go wie­czo­ru, śred­ni nastrój, no i to moje posta­no­wie­nie. Cho­dzi­łam trzy godzi­ny słu­cha­jąc muzy­ki i myśląc.

Kie­dy kil­ka mie­się­cy temu usły­sza­łam o Bie­gu Nowo­rocz­nym, wie­dzia­łam, że muszę tam być – że to będzie naj­lep­sza for­ma zwień­cze­nia 2014 roku.

Syl­we­stra spę­dzi­łam u bra­ta, bez szcze­gól­ne­go impre­zo­wa­nia, czę­ścio­wo z moją 11-mie­sięcz­ną bra­ta­ni­cą (tj. nim wybra­ła się spaćJ), bez alko­ho­lu, już z myślą o bie­gu. Dener­wo­wa­łam się. Mimo że pla­no­wa­łam ten bieg wyłącz­nie jako for­mę uko­ro­no­wa­nia mojej pra­cy w 2014, nie chcia­łam biec na czas, to gdzieś w środ­ku, stan­dar­do­wo już, się stre­so­wa­łam. Rano mój brat rzu­cił: A gdzie ten bieg? Może byśmy się prze­je­cha­li z tobą.

Wła­ści­wie to mnie zatka­ło. Bo tak. Z jed­nej stro­ny szczę­ście. Dotąd nie mie­wa­łam kibi­ców. Marzy­łam, że poja­wią się przy oka­zji pół­ma­ra­to­nu – że będę mia­ła wspar­cie. Ale z dru­giej stro­ny – stres. A co jeśli mi nie pój­dzie, jeśli nie dam rady, inni będą szyb­si, nie będą ze mnie dum­ni, coś pój­dzie źle. Moja gło­wa zaczę­ła two­rzyć nie­zli­czo­ne czar­ne sce­na­riu­sze. Odpo­wie­dzia­łam, że może nie, może niech poja­dą ze mną i pój­dą na spa­cer, ja w tym cza­sie prze­bie­gnę swo­je i się spo­tka­my. I z takim nasta­wie­niem poje­cha­li­śmy.

Pyta­li mnie jesz­cze, czy na pew­no nie chcę, żeby zosta­li. Cho­ciaż w środ­ku strasz­nie chcia­łam, to nadal się bałam, że zawio­dę, że uzna­ją że to bez sen­su i będą żało­wa­li stra­co­ne­go cza­su. W koń­cu brat oznaj­mił, że zosta­ją, bo chce zoba­czyć jak to wszyst­ko wyglą­da i koniec. Oka­za­ło się, że to cał­kiem dobry na mnie spo­sób. Przy­ję­łam do wia­do­mo­ści i pobie­głam na linię star­tu.

W trak­cie pierw­sze­go kilo­me­tra w mojej gło­wie na dobre zago­ści­ło pie­kło.

Bie­głam i myśla­łam. Że nie nada­ję się. Że nie dam rady. Że to tyl­ko 5km, ale nie dobie­gnę. Że chy­ba już zej­dę z tra­sy, pój­dę do nich i się roz­pła­czę. Że będę pła­kać. Że nie mam siły. Że nie wiem po co to robię, prze­cież nigdy nie będę bie­gać szyb­ko. Że jest mi cięż­ko. I cią­gle myśla­łam o nich. Nie o bie­gu, a o nich. Że nie dam rady. Że nie doce­nią moich wysił­ków, bo nie dobie­gnę. Że nie zro­zu­mie­ją, jakie to dla mnie waż­ne. Ile wysił­ku wkła­dam w tre­nin­gi. Że potwier­dzę, to, co mawia­li w życiu ludzie dla mnie waż­ni. Że jestem za sła­ba.

Z tym pie­kłem w gło­wie prze­bie­głam jakiś kilo­metr, pół­to­rej. Chcia­łam wyłącz­nie zejść z tra­sy, sie­dzieć i pła­kać.

I wte­dy przy­po­mnia­ło mi się, że prze­cież potra­fię.

Jak­kol­wiek absur­dal­nie to brzmi, dopie­ro po tym odcin­ku zaczę­łam to sobie racjo­na­li­zo­wać. Tre­nu­ję 4 razy w tygo­dniu. Tre­nin­gi to w tej chwi­li kilo­me­traż mię­dzy 7 a 16km. Mimo że tem­po w cza­sie zawo­dów jest więk­sze, to jest nie­moż­li­we, abym nie dała rady. Bo mogę po pro­stu zwol­nić i dobiec, tyle że wol­niej. Ale nie ma moż­li­wo­ści, abym nie dobie­gła, moje nogi zna­ją takie odle­gło­ści, to nie jest nie­spo­dzian­ka, ani nic nowe­go. Jestem przy­go­to­wa­na, pra­co­wa­łam na to. I tak roz­ma­wia­jąc ze sobą zaczę­łam po pro­stu biec. Oddy­chać i biec.

Nie, to nie zna­czy, że dalej było łatwo. Było cięż­ko. Pod koniec bra­ko­wa­ło mi tchu. Nie wykrze­sa­łam też z sie­bie sił na odpo­wied­ni finisz, jakie­go uczył mnie tre­ner. I wiem, na pew­no wiem, że zablo­ko­wa­ła mnie gło­wa, a nie mię­śnie. Byłam zmę­czo­na, ale pod­czas ostat­nie­go bie­gu w Fale­ni­cy też byłam, a fini­szo­wa­łam w tem­pie dla mnie dotąd nie­zna­nym – obok był tre­ner i mówił, że dam radę…

Kie­dy dobie­głam nawet nie mogłam się roz­pła­kać.

Wte­dy spoj­rza­łam na czas. WOW. Jest życiów­ka. Spoj­rza­łam na cza­sy na kolej­nych kilo­me­trach i nie wie­rzy­łam. Było cięż­ko i już teraz wie­dzia­łam dla­cze­go. Nigdy dotąd nie bie­głam tak szyb­ko. To było roz­wią­za­nie zagad­ki. To nie ja byłam sła­ba i nagle nie dałam rady biec w „moim” tem­pie. Po pro­stu to tem­po było znacz­nie więk­sze, niż „moje”.

Nawet nie wiem jak opi­sać to, co poczu­łam. Po ofi­cjal­nych wyni­kach wie­dzia­łam już, że prze­bi­łam swój wynik z koń­ca wrze­śnia o 2minuty i 45sekund. To dla mnie wiel­ki suk­ces.

Naj­bar­dziej jed­nak nie potra­fię opi­sać tego, co czu­łam zoba­czyw­szy na mecie moich kibi­ców, w emo­cjach, z apa­ra­ta­mi i gra­tu­la­cja­mi. I kie­dy ubie­ra­łam medal mojej bra­ta­ni­cy. I kie­dy widzia­łam, że poczu­li ten kli­mat, tych ludzi…i mnie.

Nie umia­łam im tak o tym opo­wie­dzieć, żeby zro­zu­mie­li. Po pro­stu musie­li tam być i to poczuć.

I wie­dzia­łam już wte­dy, że od począt­ku strasz­nie chcia­łam, żeby tam ze mną byli. Ale jesz­cze bar­dziej chcia­łam, żeby mnie akcep­to­wa­li i ceni­li – z taki­mi wyni­ka­mi, jakie mam teraz. Nie kie­dy zosta­nę mistrzem świa­ta, któ­rym nigdy nie zosta­nę. Taką mnie wła­śnie, któ­ra wal­czy o to, co sobie wyma­rzy­ła. Dopie­ro na koniec dotar­ło do mnie, że tak napraw­dę dener­wo­wa­łam się, bo ten pierw­szy kilo­metr bie­głam po ich akcep­ta­cję. Po czy­jąś akcep­ta­cję. Coś, co jest nie­za­leż­ne ode mnie i cze­go za rzad­ko doświad­cza­łam. Panicz­nie bałam się, że jeśli znów będę za sła­ba, nie spro­stam czy­imś ocze­ki­wa­niom, nie dosta­nę jej.

A oni po pro­stu byli i cie­szy­li się ze mną.

To jak lot w kosmos. Coś rów­nie nie­sa­mo­wi­te­go, co cudow­ne­go.

Emo­cje zeszły ze mnie dopie­ro w domu. Tyl­ko 5km. 29minut i 16 sekund. Tyl­ko tyle i aż tyle. W tym cza­sie zdą­ży­łam zna­leźć się w czar­nej dziu­rze, naj­gor­szym pie­kle, by chwi­lę póź­niej na wła­snych nogach dobiec do nie­ba.

5km. 29minut i 16 sekund.

Tak, wiem, że są tacy, któ­rzy bie­ga­ją po 150km.

Ale.

Czy teraz ktoś odwa­ży się powie­dzieć, że to była TYLKO chwi­la?

noworoczny

 

fot. Wio­la Pec, Fiol­ka­bie­ga