Poni­żej może­cie prze­czy­tać mój wpis z face­bo­oka z 10. sierp­nia 2012. Jak wie­cie aktu­al­nie przy­go­to­wu­ję się do swo­je­go mara­toń­skie­go debiu­tu. Minę­ły dokład­nie 3 lata odkąd napi­sa­łam, że „z takim krę­go­słu­pem to się nie nabie­gam”. I, jak widać, bar­dzo się myli­łam.niebiegam

 

 

 

 

Pamię­tam, jak 1,5 roku temu usi­ło­wa­łam na siłow­ni pora­dzić sobie z małą, 10kg sztan­gą. Waży­łam ponad 42kg wię­cej, nie mia­łam w cie­le chy­ba nawet jed­ne­go mię­śnia, a obok mnie ci wszy­scy pake­rzy. Ude­rzy­ła mnie wte­dy taka myśl – ten cię­żar nie ma zna­cze­nia. To, czy pod­no­szę 10kg, czy 100kg nie ma zna­cze­nia. Zna­cze­nie ma wysi­łek, któ­ry w to wkła­dam. Mój nie był wca­le mniej­szy, niż tego gościa obok, któ­ry dźwi­gał „praw­dzi­wą” sztan­gę z „praw­dzi­wym” obcią­że­niem. Miał inne moż­li­wo­ści, ale wal­czy­li­śmy tak samo.

byloWięc wal­czy­łam dalej, nawet kie­dy pro­ste dla inny­ch ćwi­cze­nia wyma­ga­ły ode mnie roku pra­cy.  A wyma­ga­ły, bo wyglą­da­łam tak, jak na zdję­ciu obok. Tak, roku wytrwa­łej pra­cy. Bez maru­dze­nia, narze­ka­nia i jęcze­nia. Powo­li prze­su­wa­łam gra­ni­ce, a tego co czu­łam kie­dy tre­ner pierw­szy raz powie­dział: no, to była porząd­na pomp­ka! nie da się raczej opi­sać sło­wa­mi. Pierw­sza pomp­ka z 10kg cię­żar­kiem na ple­ca­ch – podob­nie. Kie­dy w koń­cu uda mi się bez wspar­cia pod­cią­gnąć na drąż­ku, otwo­rzę chy­ba szam­pa­na. Obsta­wiam, że może się to wyda­rzyć gdzieś w oko­li­ca­ch dru­giej rocz­ni­cy moich regu­lar­ny­ch ćwi­czeń. 2 lata pra­cy nad jed­nym, niby małym, marze­niem.

Pamię­tam też swo­je pierw­sze bie­gi. 750m. 3km. 5km. Wol­ne, bar­dzo wol­ne, albo jesz­cze wol­niej­sze. Moje cia­ło usta­wia­ło gra­ni­ce bar­dzo nie­da­le­ko, ale codzien­nie choć tro­chę je prze­su­wa­łam. Nigdy nie było łatwo, nigdy nie było ot tak. Cią­gle coś bola­ło, cią­gle było cięż­ko. Myśla­łam wte­dy, że chcia­ła­bym kie­dy­kol­wiek móc pobiec jakiś krót­ki dystans w tem­pie 6mi­nut na kilo­me­tr. Dla więk­szo­ści bie­ga­czy wol­no. Dla mnie to była jakaś magicz­na gra­ni­ca. Szczyt marzeń.

A potem poja­wi­ły się Zimo­we Bie­gi Gór­skie w Fale­ni­cy. Moje pierw­sze wra­że­nie – dużo ludzi na dłu­gi­ch, chu­dy­ch noga­ch i … ja. Odnaj­dź się w tym, nie bój, nie wsty­dź, nie zre­zy­gnuj. Za pierw­szym razem bie­głam osza­ła­mia­ją­cy dystans 3,3km, jed­no okrą­że­nie, a na nim 7 górek, 7 pod­bie­gów. Wyzio­nę­łam ducha, ale dobie­głam. Za dru­gim razem mia­łam biec już dwa okrą­że­nia, czy­li 6,6km, czy­li 14 pod­bie­gów. Byłam prze­ra­żo­na i pamię­tam ska­lę tego prze­ra­że­nia do dziś.

falenica3Ten bieg pra­wie mnie zła­mał. Byłam bli­ska pła­czu, sapa­łam jak sta­ra loko­mo­ty­wa, gene­ral­nie chcia­łam usią­ść i wyć, ale na ok. 1km przed metą dołą­czył do mnie tre­ner, dawał wska­zów­ki i dopin­go­wał. Nie mogłam zre­zy­gno­wać, słu­cha­łam go, w środ­ku umie­ra­łam, napraw­dę umie­ra­łam, ale bie­głam. Byle nie iść. Dobie­gli­śmy, przy­bi­li­śmy sobie piąt­kę, tre­ner pognał na swój start, na któ­ry był już prze­ze mnie o kil­ka minut spóź­nio­ny, a ja zro­bi­łam to, cze­go nie mogłam zro­bić w trak­cie bie­gu. No sor­ry, jeśli to brzmi nazbyt emo­cjo­nal­nie. Becza­łam.

Oglą­da­łam potem zdję­cia z tych bie­gów i w pierw­szym odru­chu żało­wa­łam, że w ogó­le to zro­bi­łam. Wyglą­da­łam strasz­nie. W bie­gu widać każ­dy dodat­ko­wy kilo­gram, a tych wte­dy mia­łam znacz­nie wię­cej, niż teraz. Wykrzy­wio­na, czer­wo­na twa­rz, wiel­kie nogi i cała resz­ta. Wsty­dzi­łam się aż do momen­tu, kie­dy patrząc na nie kolej­ny raz pomy­śla­łam — na tym zdję­ciu jest czło­wiek, któ­ry wła­śnie prze­kra­cza swo­je gra­ni­ce. Wal­czy. Któ­ry mógł­by w tym cza­sie sie­dzieć w domu przed tele­wi­zo­rem, ale wstał o 6 rano, żeby doje­chać do Fale­ni­cy i wal­czyć. Cze­go tu się, do cho­le­ry, wsty­dzić?!

W moim odczu­ciu ten pierw­szy okres zamknę­łam wraz z wbie­gnię­ciem na metę pół­ma­ra­to­nu w mar­cu 2015. Kolej­ny krok milo­wy, a może nawet kil­ka mia­ło miej­sce ostat­nio.

fastest1kmMia­łam do wyko­na­nia test — bie­ga­nie na tęt­nie od 140 do 190 po 5 minut. 5 minut. Niby krót­ko. 140, 150, 160 poszło mi bez żad­ny­ch kło­po­tów. 170 tro­chę poczu­łam. 180 poczu­łam moc­no. I wte­dy zaczę­łam roz­pę­dzać się do 190 — tu już zaczę­ła się jaz­da, a ja szyb­ko prze­ko­na­łam się, że 5 minut może trwać wiecz­no­ść. Więc bie­głam, patrzy­łam na zega­rek… jesz­cze 3 minu­ty. Szyb­ka myśl – nie dam rady. Ale to tyl­ko 3 minu­ty. Dam radę. Bie­gnę, bie­gnę, szyb­ki odde­ch, czu­ję jak­by mija­ła godzi­na, a mija 30 sekund! 2,5minuty. Nie dam rady. Koniec. Zatrzy­mam się. Nie. 2,5 minu­ty, tyl­ko 2,5 minu­ty, wytrzy­mam. Łzy napły­wa­ły mi do oczu, to był dla mnie abso­lut­nie eks­tre­mal­ny wysi­łek, jesz­cze pół minu­ty, dla­cze­go ten czas nie leci, chcę się zatrzy­mać, ale bie­gnę, czu­ję ból, ale bie­gnę, 5 sekund, STOP. Sta­ję, pró­bu­jąc uspo­ko­ić odde­ch, a zega­rek wyświe­tla mi infor­ma­cję, że prze­bie­głam swój naj­szyb­szy dotąd kilo­me­tr – w tem­pie 4m38sek na kilo­me­tr. Nie wiem, czy to co mam na policz­ka­ch to łzy, czy pot, wszyst­ko mi się mie­sza.

blog1Po kil­ku dnia­ch kolej­ny test, tym razem bieg na 5km z kon­kret­nym pla­nem prze­bi­cia moje­go naj­lep­sze­go wyni­ku o ok. minu­tę. 2 dni przed łapie mnie prze­zię­bie­nie – upał/klima/upał/klima, gil do pasa, bolą­ce gar­dło i 30 stop­ni — pew­nie powin­nam zre­zy­gno­wać, ale nie rezy­gnu­ję. I bie­gnę. Nie mogę zła­pać powie­trza, bo jest za gorą­ce, mam wra­że­nie jak­bym nie oddy­cha­ła. Ale bie­gnę. Sta­ram się wyłą­czyć mózg, myślę o moich zna­jo­my­ch świet­ny­ch bie­ga­cza­ch, zasta­na­wiam się, czy też czu­ją ten ból, czy to tyl­ko kwe­stia tego jak go zno­si­my, zaty­ka mi nos, słoń­ce grze­je, nie­ste­ty zaczy­nam tro­chę zwal­niać, ale bie­gnę. Jest cięż­ko, myślę, że to nie dla mnie, że nigdy nie będę szyb­ko bie­ga­ła, że może powiem tre­ne­ro­wi, że to bez sen­su, będę sobie drep­ta­ła powo­li, żeby już nigdy nie kazał mi tego prze­ży­wać, może by zej­ść z tra­sy, ale prze­cież nigdy bym nie zeszła, więc biegnę…widzę metę, przy­spie­szam w mia­rę moż­li­wo­ści, prze­kra­czam metę, chce mi się rzy­gać, zale­wam się potem, zno­wu nie wiem czy na twa­rzy to pot, czy ryczę. Popra­wi­łam wynik o jakieś 20se­kund, nie jestem zado­wo­lo­na.

Dopie­ro po kil­ku godzi­na­ch docie­ra do mnie, że praw­dzi­wa war­to­ść tego bie­gu jest zupeł­nie gdzie indziej. Dokład­nie tam, gdzie prze­su­nę­łam po raz dru­gi w tym samym tygo­dniu barie­rę swo­jej wytrzy­ma­ło­ści na ból, kom­plet­ny dys­kom­fort, kie­dy nie pod­da­łam się w obli­czu eks­tre­mal­ne­go – dla moje­go orga­ni­zmu — wysił­ku. Fizycz­nie czu­łam jak­bym prze­kro­czy­ła jakąś barie­rę i zna­la­zła się już po dru­giej stro­nie lustra.

W nie­dzie­lę, na któ­rą zapo­wia­da­no 35 stop­ni mia­łam bie­gać przez ok. 2h50mi­nut. Trud­no było mi to sobie wyobra­zić, ale tre­ner zazna­czył, że mam nie uni­kać słoń­ca, żeby orga­ni­zm mógł się zaadap­to­wać do taki­ch warun­ków. Jestem pro­jek­to­wa, dzia­łam według pla­nu, po to mam tre­ne­ra, żeby go słu­chać. Po pro­stu wyszłam. Znów było cięż­ko, gorą­co, a pot lał się stru­mie­nia­mi. Po 2 godzi­na­ch i 50mi­nu­ta­ch padłam na tra­wę i zasta­na­wia­łam się: gdzie są moje gra­ni­ce?

Z potęż­ną satys­fak­cją pomy­śla­łam, że każ­de­go dnia gdzie indziej. Każ­de­go dnia dalej. I każ­de­go dnia mogę wię­cej.

blog2