Idąc do kina myśla­łam, że jest to histo­ria o tym, jak chło­pak ze zde­for­mo­wa­ną twa­rzą, wyszy­dza­ny, ukry­wa­ją­cy się przed ludź­mi w heł­mie kosmo­nau­ty, prze­cho­dzi prze­mia­nę w szczę­śli­we­go, cie­szą­ce­go się życiem dzie­cia­ka. Dopie­ro w mia­rę upły­wu kolej­ny­ch minut odkry­wa­łam ze wzru­sze­niem, że boha­te­rem tego fil­mu jest  każ­dy, kto się w nim poja­wia. I my wszy­scy. To napraw­dę jest film o nas.

***

Umie­ram ze stra­chu”, mówi Aug­gie przed pierw­szą wizy­tą w szko­le. Dotąd uczy­ła go w domu mama, teraz miał zmie­rzyć się z reak­cją rówie­śni­ków na swój wygląd i nie spo­dzie­wał się nicze­go dobre­go. Czę­ścio­wo słusz­nie, czę­ścio­wo nie. Jak my wszy­scy. Jak zawsze. Kie­dy go pozna­je­my, ma na gło­wie nie­od­łącz­ny hełm, w któ­rym ukry­wa się przed świa­tem, marzy o karie­rze w NASA i locie na księ­życ. Czę­sto wła­śnie wyobraź­nia ratu­je go przed rze­czy­wi­sto­ścią i poma­ga prze­trwać — bo kie­dy jeste­śmy gdzieś, gdzie nie chce­my być, jeśli nie podo­ba nam się oto­cze­nie, może­my wyobra­zić sobie inne miej­sce i prze­trwać. Aug­gie jest wte­dy kosmo­nau­tą, któ­re­go twa­rz jest nie­wi­docz­na. Jest szczę­śli­wy.

Aug­gie to słoń­ce, wokół któ­re­go przez dłu­gi czas krę­cą się wszyst­kie pla­ne­ty. Jed­ną z tych pla­net, cichą boha­ter­ką, jest jego sio­stra, Via, naj­bar­dziej wyro­zu­mia­ła oso­ba świa­ta. Via marzy­ła o młod­szym bra­cie, kocha go, ale ginie na tle jego histo­rii. Jest zdro­wą, ład­ną dziew­czy­ną, któ­ra dobrze się uczy i nie wyma­ga uwa­gi w spo­sób tak oczy­wi­sty, jak jej brat. Kie­dy on tra­ci przy­ja­cie­la, zawa­la się świat. Kie­dy ona tra­ci przy­ja­ciół­kę, nikt nie zwra­ca na to uwa­gi. On prze­ży­wa swo­ją tra­ge­dię gło­śno, bun­tu­jąc się. Ona w ciszy, w środ­ku, nie chcąc zagłu­szyć, wyda­je się, że waż­niej­sze­go, cier­pie­nia bra­ta.

Kie­dy w koń­cu się bun­tu­je, czu­ję ulgę. Ale Via nadal pozo­sta­je w zasa­dzie nie­wi­docz­na.

***
Przy­ja­ciół­ka, któ­rą tra­ci Via, to Miran­da. Była jej naj­bliż­szą oso­bą, do cza­su, kie­dy wró­ci­ła z waka­cji z różo­wy­mi wło­sa­mi, nowy­mi zna­jo­my­mi i zerwa­ła z nią kon­takt. Jakież to wyda­je się oczy­wi­ste i zna­jo­me więk­szo­ści z nas i jak spraw­nie reży­ser ope­ru­je naszy­mi emo­cja­mi wobec Miran­dy, chwi­lę póź­niej odkry­wa­jąc przed nami kar­ty w posta­ci powo­dów jej zacho­wa­nia.

Choć sama nie wie dla­cze­go, Miran­da w trak­cie obo­zu zaczę­ła uda­wać Vię. Opo­wia­da­ła zna­jo­mym o swo­jej rodzi­nie, któ­rej czę­ścią są fan­ta­stycz­ni, cie­pli rodzi­ce oraz wyróż­nia­ją­cy się wśród inny­ch brat. W rze­czy­wi­sto­ści jej ojciec wła­śnie ponow­nie się oże­nił, a mat­ka leczy depre­sję alko­ho­lem. Każ­de z rodzi­ców sku­pio­ne jest na swo­im życiu. Żad­ne z nich nie widzi jej. Choć Miran­da tak bar­dzo chce zostać dostrze­żo­na, gru­pa zauwa­ża ją dopie­ro wte­dy, kie­dy zaczy­na uda­wać kogoś inne­go. Para­doks, bo uda­je prze­cież oso­bę, któ­ra na co dzień wyda­je się być nie­wi­dzial­na. Para­doks, bo coś, co jest tra­ge­dią chłop­ca, tej wła­śnie gru­pie wyda­ło się sza­le­nie inte­re­su­ją­ce i spra­wi­ło, że Miran­da sta­ła gwiaz­dą.

***

Nic nie wzru­sza tak, jak widok kosmo­nau­ty pod­ska­ku­ją­ce­go, uno­szą­ce­go się w powie­trzu ze szczę­ścia na szkol­nym kory­ta­rzu, kie­dy jeden z kole­gów zaprzy­jaź­nia się z Aug­giem. On, dosłow­nie, fru­wa tak, jak my wszy­scy, któ­rzy codzien­nie szu­ka­my akcep­ta­cji i potwier­dze­nia swo­jej war­to­ści w ocza­ch inny­ch. Nic nie łamie ser­ca tak, jak sce­na, w któ­rej prze­bra­ne w Hal­lo­we­en dzie­cia­ki śmie­ją się z nie­go, a przy­ja­ciel mówi, że zabił­by się, gdy­by wyglą­dał jak Aug­gie. Mamy tu kla­sycz­ny przy­kład wpły­wu śro­do­wi­ska i gru­py na zacho­wa­nie. W sytu­acji sam na sam byli prze­cież naj­lep­szy­mi kole­ga­mi.

Tym­cza­sem Via zosta­je dubler­ką Miran­dy, gra­ją­cej głów­ną rolę w szkol­nym przed­sta­wie­niu. Kie­dy Miran­da dowia­du­je się, że na widow­ni są rodzi­ce byłej przy­ja­ciół­ki i jej brat, symu­lu­je cho­ro­bę. Ta sama dziew­czy­na, któ­ra kil­ka tygo­dni wcze­śniej zerwa­ła zna­jo­mo­ść, teraz natych­mia­st zda­ła sobie spra­wę, że nie­wi­dzial­na dotąd dla rodzi­ców Via, w koń­cu ma szan­sę zostać dostrze­żo­na. Żaden z widzów nie może mieć wąt­pli­wo­ści. Kie­dy Via wycho­dzi na sce­nę, kie­dy pięk­nie odgry­wa swo­ją rolę w świe­tle reflek­to­rów, jej rodzi­ce w koń­cu ją dostrze­ga­ją. Nie uda­ło im się to w codzien­nym życiu, uda­ło się dopie­ro wte­dy, kie­dy cały świat zamil­kł i było sły­chać tyl­ko ją. Dopie­ro wte­dy, kie­dy zro­bi­ło się ciem­no, a jedy­ne świa­tło padło wła­śnie na nią.

***

Kie­dy na koniec kole­dzy przy­bi­ja­ją Aug­gie­mu piąt­kę nie bojąc się już, że zara­żą się od nie­go dżu­mą, chło­pak pła­cze. Zna­la­zł swo­je miej­sce. Dostał akcep­ta­cję. Choć wyglą­da ina­czej, niż inni, nie jest już dzi­wa­dłem, któ­re­go się boją. Może poka­zać swo­ją twa­rz, dosłow­nie i w prze­no­śni. Może poka­zać twa­rz, któ­rą dotąd ukry­wał w heł­mie ze stra­chu. Twa­rz, za któ­rą tęsk­ni­li bli­scy. Może być sobą.

***

Może być sobą i udzie­lić innym jed­nej z naj­waż­niej­szy­ch lek­cji w życiu. O tym, że war­to być dobrym, bo każ­dy, kogo spo­ty­ka­my na swo­jej dro­dze,  bory­ka się z jakąś trud­no­ścią.  O tym, że on nie jest zwy­czaj­ny. I nikt inny nie jest zwy­czaj­ny. Że każ­dy zasłu­gu­je na to, by otrzy­mać owa­cje na sto­ją­co choć raz w życiu. Że każ­dy jest boha­te­rem. Żeby to zoba­czyć, trze­ba jed­nak się roz­glą­dać. Trze­ba patrzeć.